okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 11/2014 >> 11/2014 >> Welcome to the jungle

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Wyprawa numeru >> Kambodża


Welcome to the jungle

Magdalena i Bartosz Stasiak
Most do jednej ze świątyń w kompleksie Angkor – miejsce, w którym czas się zatrzymał

W Azji zakochaliśmy się dwa lata temu, kiedy to spędziliśmy na rowerach miesiąc w Chinach. Wspomnienie fantastycznego jedzenia, nieziemskich widoków i samych dobrych ludzi sprawiło, że znów zapragnęliśmy odwiedzić tę część świata. Pomysłów było parę: Laos, Wietnam, a może Kambodża? Po przeanalizowaniu warunków terenowych oraz przeliczeniu mieszkańców na kilometr kwadratowy zdecydowaliśmy się na najmniej zaludniony kraj, czyli Kambodżę.

Naszym przewoźnikiem zostają Ukraińskie Linie Lotnicze. Bilety kupujemy w styczniu, jednocześnie kibicując Kamilowi Stochowi podczas olimpiady w Soczi. Któż mógł wtedy przypuszczać, że za parę miesięcy wspaniały duch igrzysk rozpłynie się wśród regularnych wojen na kijowskim Majdanie. Z niepokojem śledzimy wydarzenia w stolicy Ukrainy, gdzie mamy międzylądowanie. W połowie maja szczęśliwie odbywamy nasz rejs na pokładzie prawie pustego boeinga.
Bangkok wita nas krótką, ale intensywną ulewą. Szybko wydostajemy się z Tajlandii, dając pierwszą w życiu łapówkę kierowcy busa oraz bileterce. Po paru godzinach jesteśmy w Paôypêt, gdzie przekraczamy granicę z Kambodżą. Przygód jest przy tym co niemiara. Od nagabywaczy proponujących wizę za 200 procent jej aktualnej wartości, po celników, którzy sprzedają nam ją za 20 dolarów, plus łapówka w wysokości 5 złotych – tej ostatecznie nie płacimy. Samo przekraczanie granicy zajmuje nam dwie godziny: pół godziny walczymy z nagabywaczami, kolejne pół z celnikami, a przez godzinę wypisujemy sterty dokumentów w dwóch budkach granicznych. Dodatkowo zostają nam zdjęte odciski palców, a nasze rowery dokładnie obejrzane.
Głodni i zmęczeni udajemy się na kambodżańskie przysmaki z grilla. Korzystając z tego, że dzień jeszcze się nie skończył, postanawiamy złapać bus do Siěm Réab.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Bartosz Stasiak