okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 8/2008 >> 8/2008 >> Pomiędzy ogniem a wodą

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Wyprawa numeru >> Islandia


Pomiędzy ogniem a wodą

Rafał Leszko i Mateusz Steliga
Przylądek Latrabjarg to miejsce, gdzie zimą nie ma żywej duszy. Latem pobliskie 40-metrowe klify i miliony ptaków przyciągają turystów jak magnes

Islandia. Miejsce, które zachęca swoją tajemniczością i izolacją od wszystkich kontynentów na Ziemi. Zadziwia wszystko, najbardziej jednak to, że od tak dawna żyją tutaj ludzie. Po co przebywać w aż tak trudnych warunkach?

Po co zmagać się z deszczem, wiatrem i zimnem, a przez cztery miesiące w roku nie widzieć słońca? Chyba jedynie dla tych kilku chwil, kiedy wyspa staje się łagodna, uspokaja swoje żywioły, zamiera w ciszy i pozwala oglądać to, co w niej piękne, cudowne i niewyobrażalne, pozwala być podziwiana wraz ze wszystkimi swoimi cudami natury.

Kiedy pół roku temu wpadliśmy na pomysł wyjazdu do Islandii, nie wiedzieliśmy o niej zbyt wiele – ot taka sobie wysepka na mapie świata. Już sam fakt, że dobraliśmy się aż w trzy osoby, był naprawdę dużym szczęściem. Niby każdy chce zobaczyć coś egzotycznego, ale poświęcać miesiąc na to, żeby jechać na rowerze w deszczu, to już dla wielu przesada. Jednak udało się i, mając bilety samolotowe, każdy z nas wiedział, że nie ma już odwrotu.

Ostatni dzień w Polsce miał być czymś w rodzaju ciszy przed burzą. Dojazd z Katowic do stolicy Polski traktowaliśmy jako formalność. Tak się jednak nie stało.

Jedziemy samochodem. Rowery na dachu. Cieszymy się ostatnimi upalnymi chwilami. 120 km/h na liczniku. Nagle trzask, grzmot. Patrzymy w lusterko. Jeden z rowerów leży na ziemi. Spadł z dachu. „No to koniec wycieczki! I to w tak głupi sposób” – myślimy z rozżaleniem. Wysiadamy z samochodu. Biegniemy po uciekiniera. Jest w jednym kawałku. Bagażnik wykrzywiony, siodełko rozdarte, róg wygięty. Obrażenia nie są wielkie. Wraca nadzieja. Krótkie oględziny roweru i powoli wychodzimy z wielkiego szoku. Jednak mamy dużo szczęścia. Modlitwy naszych babć nie poszły na marne. Drobne usterki zamierzamy naprawić już w Islandii. „Ale jak to się mogło stać?” – to pytanie nie daje nam spokoju. Zawiodły paski mocujące koła do szyn transportowych. Przywiązujemy rower z powrotem do bagażnika. Używamy wszystkich lin, jakie tylko mamy. Ruszamy dalej. Wierzymy, że już nic więcej się nie wydarzy. Rzeczywiście, dalsza część jazdy przebiegła spokojnie.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”

 

 

 



Zdjęcie: Paweł Rychlik