okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 9/2014 >> Ucieczka miga i polska Copacabana

nowości

Gravelowe buty

Mamy już gravelowe opony, ramy, torby, koła, hamulce, widelce, gravelowe stroje i należy tylko wypatrywać gravelowych bidonów i... »

Kawa dla kolarzy

Czy są wśród nas prawdziwi kawosze? Nie mam najmniejszych wątpliwości – w końcu, gdy w czasie rowerowego spotkania padnie temat... »

System antykapciowy

Schwalbe zaprezentowało kolejny system zastępujący dętki, czyli Urban Airless System. Dzięki specjalnej, termokurczliwej, poliuretanowej... »

Torba na rower

Tym razem prezentujemy nieco inną torbę – Accent wprowadził do sprzedaży niedrogi pokrowiec, który przyda się, kiedy rower musi... »

poradniki

Z bagażem na plecach lub… biodrach

Lekki, wszechstronny i wygodny. Właśnie taki powinien być dobry plecak rowerowy. Jeszcze lepiej, jeśli nie odczujecie jego obecności na... »

Na szlaku >> Kołobrzeg i okolice


Ucieczka miga i polska Copacabana

Izabela Dachtera-Walędziak
Urokliwy odcinek drogi rowerowej przed Kołobrzegiem
Kiedy byłam dzieckiem, marzyłam o tym, aby znaleźć się w prawdziwym labiryncie. Będąc sporo starsza, labirynt marzeń zobaczyłam w filmie „Pachnidło”. Nie wiedziałam, że jeszcze piękniejszy od filmowego wyrasta w Dobrzycy, niedaleko Kołobrzegu. Grabowy żywopłot potrzebował dziesięciu lat, aby osiągnąć wysokość prawie dwóch metrów. Oj tak, zgubić się w nim bardzo łatwo. Łatwo też do niego dotrzeć – z plażowego leżaka, rowerem z przyczepką, zajęło nam to niewiele ponad godzinę. 
 
Nadmorskie kurorty mają na szczęście to do siebie, że wystarczy odjechać choćby kilometr od zatłoczonej promenady, aby pooddychać przestrzenią, która otwiera się dość niespodziewanie. Plan był prosty: jedziemy nad Bałtyk, odczarować Kołobrzeg, Ustronie Morskie, Gąski, które tak bardzo lubimy, bo kojarzą nam się z dzieciństwem, beztroskimi wczasami z rodzicami, wreszcie narzeczeńskimi wypadami. Bolą nas opinie, że w sezonie, poza tłumem, nic tam nie ma. Że to miejscowości wyzbyte z turystycznego potencjału na rzecz komercyjnych rozrywek. 
Wahamy się pomiędzy Kołobrzegiem a Ustroniem Morskim i ostatecznie cumujemy w tym drugim, z rowerami, przyczepką, dwójką dzieci i dziadkami jako grupą wsparcia. Bierzemy mapę i zakreślmy obszar o promieniu około 30 kilometrów, który chcemy spenetrować. Planujemy trzy rowerowe wycieczki do udźwignięcia dla trzylatka (po długiej dyskusji decydujemy, że nasza posmarkująca, dziewięciomiesięczna Ania tym razem zostaje z dziadkami). 
Ustronie Morskie to nadmorska miejscowość turystyczna, z pozoru niewyróżniająca się niczym szczególnym. Neogotycki kościół z połowy lat 80. XX wieku trudno nazwać zabytkiem. Romantyczne wspomnienia o plażowiczach w stylowych strojach budzić może fakt, że w latach 20. minionego wieku, po tym, jak uruchomiono linię kolejową Koszalin – Kołobrzeg, było to jedno z najbardziej znanych kąpielisk w Niemczech. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”

 



Zdjęcie: Izabela Dachtera-Walędziak