okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 4/2014 >> No to leżymy!

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


No to leżymy!

Sławomir Bajew
Sławomir Bajew

Temat dzisiejszego felietonu wyłonił się z wartkiego toku rozmowy, w trakcie której umawialiśmy się ze znajomymi na letnią wyprawę: rowerową, a jakże. Wśród wielu poruszanych wątków znalazł się i ten dotyczący bezpieczeństwa, bo przecież dobre wakacje to bezpieczne wakacje. Jak jechać jedno za drugim, w jakiej odległości, żeby się nie potrącić, nie stracić równowagi i nie...
Czy wywaliliście się kiedyś na rowerze? No, ba! Najpierw czarująca Blond Ona w krótkich, niemal żołnierskich słowach wyznała, jak to, jadąc do pracy, została na ścieżce rowerowej trafiona samochodem. Opisując szczegółowo przebieg zdarzenia, nie opuszczając żadnego pisku zdumienia, bólu i złości, dotarła do pointy, że i wtedy wiesz, że na szczęście… itd., itd. Na co inna czarująca, też Blond Ona, z rozbrajającym uśmiechem wspomniała najpierw bolesne lądowanie lewym biodrem i lewym barkiem na niegościnnej ziemi nidzickiej podczas zamkowej penetracji turystycznej, a następnie śmieszne ciapnięcie w błoto na leśnej, błotnistej drodze, gdy rower bezczelnie zatracił pęd w głębokiej koleinie i z lekkim początkowo wahaniem runął z niewielkim impetem w czarną, mazistą otchłań, lekce sobie ważąc starannie dobraną na ten dzień kolarską kreację i makijaż zastąpiony teraz chyba zdrowym błotnym okładem. Było raczej do śmiechu. Potem Czarujący On (o nieokreślonym kolorze włosów, bo ogolony na glacę) zwierzył się, jak zdobył swoje ostatnie kolarskie szlify na zakręcie w nadwarciańskiej wiosce przed sklepem jedynym tutaj, więc spożywczo-przemysłowym, na oczach żłopiących piwko autochtonów, przy aplauzie gospodyń domowych, które przybyły, by zepsuć swoim wybrańcom ową upojną chwilę wytchnienia od domowych obowiązków, wśród wybuchów niepohamowanej wesołości gawiedzi powracającej właśnie ze szkoły. Obecność widowni wzmaga efekt.
Z perspektywy rowerzysty wygląda to tak: wiatr w uszach, łzy w oczach, zgrabiałe ręce, zakręt, piach i... ciach! Kółko przednie się uślizguje, a potem już tylko wiuuuuuu, szszszszsz, trach, łał bęc i już! Zrywasz się. Z oddali docierają do ciebie komentarze widowni (jeśli jest takowa), ręce nerwowo poszukują kości i krwi, usta ściągnięte w dół odsłaniają zęby (to dobra wiadomość, że są), sprawdzasz, czy kask, czy rękawiczki, spodnie... To trwa jakieś trzy sekundy. Potem najważniejsze: ROWER! Boże, co z nim? Uśmiech w stronę widowni. Starasz się ukryć kompletną ignorancję, jeśli chodzi o kierunki świata. W tym momencie nie istnieje lewo, prawo, góra, dół. Cały świat określa dzwonnica zawieszona gdzieś między uchem a mózgiem. Powracająca fala śmiechu z oddali. „Tej, kolarz!” – tyle do ciebie dociera. Teraz zaczynasz się orientować, ile na twarzy jest tonacji pomiędzy grymasem bólu a uśmiechem. Uśmiech jest najważniejszy, bo niech piwożłopy wiedzą, że masz dystans do tego upokarzającego fikołka, bo przecież masz. Może byłby większy, gdybyś wreszcie zlokalizował rower. ROWER. ROWER. Jest! Widzisz go wreszcie. Leży wplątany w krzaki, jakieś dziesięć metrów stąd. Pokonanie tego dystansu zabiera ci wieczność. W dodatku orientujesz się, że masz nogi (też w sumie dobra wiadomość). Lekko skrzywiona kierownica, zadrapanie lakieru, przytarcie na korbie. Łe! Nic takiego.
Ruszasz dalej. Cichną śmiechy, za to coraz głośniej w skroni pulsuje krew. Docierasz do domu. Adrenalina już spadła. Ciało stygnie. I dowiadujesz się, że masz znacznie więcej części ciała, niż początkowo myślałeś. A tak się martwiłeś o rower... Paradoksie! Wyzwalasz w nas troskę o sprzęt w szoku, a często okazuje się, że wracamy z całkiem poważnym cięgami. Jeśli już trafi się upadek, zapamiętaj, że masz myśleć o bezpieczeństwie ludzi, nie sprzętu! Wspaniały kolarz Eddy Merckx apelował niegdyś do kierowców, by na drodze zostawili miejsce na upadek rowerzysty, bo to przecież MOŻE się zdarzyć. Czego wam wyjątkowo szczerze i mocno nie życzę.

Sławomir Bajew – dziennikarz poznańskiego Radia Merkury, prowadzi Listę Przebojów, w paśmie przedpołudniowym prowadzi Babie Lato, jest autorem popularnych kalamburów. Słynie z tego, że do pracy bez względu na pogodę dojeżdża rowerem. Na łamach „Rowertouru” publikuje od pierwszego numeru.