okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 2/2014 >> Knedliki w sakwie

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> pogranicze polsko-czeskie


Knedliki w sakwie

Michał Grzejszczak
Divadlo to nasze ulubione czeskie słowo, a oznacza tyle co teatrDivadlo to nasze ulubione czeskie słowo, a oznacza tyle co teatr

Minęło bez mała dziesięć godzin jakże ekscytującej podróży koleją. Zapinamy z Zuzą sakwy na bagażnikach naszych rowerów i z wielką ulgą oddychamy świeższym aniżeli na Mazowszu, bo górskim, powietrzem. Nie wystraszył nas dworzec, nie szczekają na nas psy. Niebo zamykające się nad nami pomarańczem i różem wywołuje w nas euforię.

Chcemy już kręcić. Chcemy zostawić za sobą tory, zapach przedziałów, brudne toalety, pogryzione przez czas fotele. Jelenia Góra, której ja osobiście nigdy nie miałem okazji poznać, wita nas z rozmachem.
Wybranemu przez nas na nocleg schronisku Bartek daleko do oazy. Choć mieści się w pięknym drewniaku, straszy minioną epoką. To doskonała scenografia do filmu grozy. Jednak na te kilka godzin nie opłaca się nam szukać większych wygód. Zostawiamy bagaże w pokoju i już chwilę później spacerujemy obok często przerażająco zaniedbanych, choć klimatycznych i nad wyraz pięknych kamienic. Jelenia Góra w czasie II wojny światowej uniknęła zniszczeń. Uratowało się tu mnóstwo doskonałej architektury. Inną sprawą jest, że spora część zabudowy podziwianego przez nas rynku powstała w latach 70. XX wieku. Było to konsekwencja decyzji o wyburzaniu starych i budowaniu na ich gruzach nowych, choć stylizowanych kamienic. Dziś plomb jest chyba więcej aniżeli oryginałów. Prawdziwych secesyjnych rarytasów, pruskich willi i pałacyków szukać należy więc poza starówką.
Następnego dnia poranek wita nas bezchmurnym niebem, a lodowata woda migiem stawia na nogi. Migiem też opuszczamy schronisko. Miło mieć przed sobą perspektywę kilku wolnych dni, kiedy inni spieszą się do pracy. Udajemy się do Cieplic. W naszych sakwach pachnie już świeżym chlebem, a my szukamy przeprawy przez rozkopane chodniki. Pieniądze z Unii gmina zakopuje na ulicach, więc miasteczko przypomina powierzchnię Księżyca.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 



Zdjęcie: Michał Grzejszczak