okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 2/2014 >> 2/2014 >> Bez tytułu, bo wszystko by zdradził...

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


Bez tytułu, bo wszystko by zdradził...

Sławomir Bajew
 

Zacierałem już ręce, a nawet położyłem palce na klawiaturze, by pisać lutowy felieton o spotkaniach rowerzystów z okazji kolejnej gali „Rowertouru”, kiedy zadzwonił telefon. Kilka miesięcy temu zaordynowałem w ustawieniach dźwięku w telefonie, że głównym sygnałem połączeń przychodzących będą dzwony kościelne. Wcześniej miałem ustawiony dzwonek rowerowy, ale od czasu, kiedy w kościele babunia przede mną niemal nie zeszła na atak serca, gdy zapomniałem wyłączyć aparat, a ten zadzwonił w czasie dziękczynienia, w kompletnej ciszy, postanowiłem zastąpić dzwonek rowerowy dostojnym dzwonem kościelnym. Ten, nawet jeśli zapomnę wyłączyć telefon, nie zwraca niczyjej uwagi i na dobrą sprawę nie można zlokalizować źródła dźwięku: sygnaturka, wieża...? Nikomu nie przychodzi do głowy, że masz dzwonnicę w kieszeni, jakkolwiek wieloznacznie to zabrzmiało. Zresztą w kwestii dzwoniących w najmniej stosownej chwili telefonów (dzwoniących w kościele i kinie szczególnie nie lubię) macie też zapewne sporo do powiedzenia. Zatem z palcami na klawiaturze, zmarszczonym czołem i z wylewającym się spod przytłumionej czaszki pierwszym zdaniem siedzę i dzwoni dzwon mój telefoniczny. Jakoś głośno dzwoni. Sobota rano. Co jest grane? Patrzę, że z radia, to i odebrać muszę. No, tak. Mogłem się spodziewać. Pilnie. Ale już mi się tu zjawiaj!
Porzucam pisanie nie bez radości, bo zanim zacznę pisać, męki okrutne przechodzę. To jeszcze chwilkę pomyślę nad galą, nad jej prowadzeniem... Pomyślę o ludziach, których spotykam co roku na gali, przypomnę sobie rozmowy, śmiech, uściski dłoni, a nawet przytulenia, które tak lubię z racji moich wschodnich korzeni, a które popadają powoli w jakąś – jak dla mnie – dziwną niełaskę. Brońmy przytuleń i uścisków jak niepodległości! W każdym razie jeszcze trochę czasu na zastanowienie, a potem pójdzie jak z płatka.
Wychodzę. Otwieram drzwi na korytarz i oczom nie wierzę. Nie ma go. Stał tu spięty z rowerem żony, obok roweru sąsiada. Dwa rowery zostały, a mój został bezczelnie spod drzwi ukradziony. Sekwencja wyrazów, jakie się ze mnie spontanicznie wyrwały, nie nadaje się do zacytowania. Była taka, że mi biały ser w lodówce zgnił (jak się potem okazało, cudem klątwa nie dotknęła piersi kurczaka spoczywającej tuż obok)!!! Komu skradziono rower, ten wie, jak się poczułem. Dopiero co spotkało mnie przecież to samo. Przecież poprzedni zabór mienia mojego rowerowego miał miejsce dwa lata temu!!! Ile można? Ile można? – pytam. Nie jestem w stanie wejść w psychikę złodzieja. Nawet nie chce mi się spekulować, co nim powoduje, i szczerze mówiąc, g... mnie to obchodzi! Nie miałem czasu rozczulać się nad sobą, bo wyrzut adrenaliny związany z nagłym wyjazdem do redakcji znieczulił drażliwość i poczucie krzywdy. W pociągu zaczęło mnie dopadać. Żal. Żal. Żal. Pytanie – dlaczego? Czyli to wszystko, co w takiej sytuacji obowiązkowo przeżywamy, a co niczemu nie służy. A może jednak służy? Kuchnia, przecież można nad wszystkim się zastanawiać, ale wtedy byśmy nie jeździli, tylko myśleli, że jeździmy. W każdym razie, Kochani, rower zniknął, mimo zamknięć w bezpiecznym miejscu... Pomyślałem, że przecież kradną najnowsze samochody supermarek ze strzeżonych parkingów, więc ukraść rower to pikuś. I nie pomyślałem o gali „Rowertouru” tego dnia. Pomyślałem następnego. I wymyśliłem, że gdy 1 lutego stanę przed publicznością zgromadzoną na uroczystości wręczenia nagród naszego miesięcznika, rozpocznę od słów: „Kochajcie swoje rowery! Śpijcie z nimi!”. Kto był, ten wie, że tak właśnie było, a kto nie był, niech teraz troszkę żałuje, a za rok przybywa wprost w objęcia rowerowej braci i siostrzaci...

Sławomir Bajew – dziennikarz poznańskiego Radia Merkury, prowadzi Listę Przebojów, w paśmie przedpołudniowym prowadzi Babie Lato, jest autorem popularnych kalamburów. Słynie z tego, że do pracy bez względu na pogodę dojeżdża rowerem. Na łamach „Rowertouru” publikuje od pierwszego numeru.



Zdjęcie: Sławomir Bajew