okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 1/2014 >> 1/2014 >> Zaprogramowani, by jechać

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Styl życia >> rowerowa walka z żywiołami


Zaprogramowani, by jechać

Piotr Ejsmont
Upał i stromy podjazd to zabójcze połączenie. Vuelta a Cuba 1969

Cykliści mają taką naturę, że ciągle szukają coraz większych wyzwań. Kiedy znudzi się im pokonywanie samego siebie poprzez bicie rekordów życiowych, kiedy przestaje przynosić satysfakcję walka z rywalami, pozostaje jeszcze walka z siłami przyrody. Pokonanie któregoś z żywiołów jest tym, czym można się szczycić i o czym można potem opowiadać.

Napotkanie żywiołu nie jest czymś specjalnie trudnym. W zdecydowanej większości na rowerze jeździ się na dworze. Wraz z postępem technicznym kolarze są coraz lepiej uzbrojeni, by stawiać czoło groźnej naturze. Repertuar żywiołów jest szeroki. Każdy może sobie coś znaleźć.
Trochę zaskakująco jednym z pierwszych znanych pokonanych żywiołów był pożar. Na początku zeszłego wieku jeden z wyścigów w Belgii kończył się na torze kolarskim, na którym zabudowania i trybuny wykonane były z drewna. Ktoś nieumyślnie spowodował pożar na trybunach. Kiedy na tor wjechali kolarze, trybuny paliły się w najlepsze, ludzie uciekali, gdzie się dało. Jednak nie przeszkodziło to zawodnikom w rozegraniu pomiędzy sobą finiszu o pierwsze miejsce.
Znacznie bardziej powszechnymi żywiołami, które atakują kolarzy, są zimno i upał. Towarzyszą im od samego początku wynalezienia roweru. Epickie walki z zimnem są stałą częścią historii większości znanych wyścigów. Jedną z pierwszych takich opowieści jest ta dotycząca wyścigu Milano – San Remo w 1910 roku. Zły stan dróg oraz coraz niższa temperatura spowodowały, że już na półmetku, podczas forsowania przełęczy Turchino, na czele jechali Belg Cyrille Van Houwaert oraz Włoch Luigi Ganna. Za nimi podążali Francuz Eugène Christophe i Ernest Paul z Luksemburga. Przed przełęczą powiał lodowaty wiatr i zaczął sypać śnieg. Paul i Ganna wkrótce zeszli z bicykli. Z roweru zsiadł także Francuz. Ręce miał odmrożone, nie miał czucia w nogach.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Joanna Ejsmont