okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 1/2014 >> 1/2014 >> Na lekko łukiem Karpat

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Wyprawa numeru >> Rumunia i Ukraina


Na lekko łukiem Karpat

Andrzej Butkiewicz
Gdzieś w Parku Narodowym Gór Kelimeńskich

Karpaty przyciągały mnie od dawna, lecz dopiero na początku roku wizja wyjazdu w te najdziksze góry Europy okazała się bardzo realna. Wszystko dzięki Pawłowi, który po przejechaniu Colorado Trail Race wymyślił kolejne wyzwanie – zdobycie łuku Karpat, począwszy od Rumunii, przez Ukrainę, aż po polskie Bieszczady.

Przygotowania kondycyjne rozpocząłem w grudniu. Miałem sporo do nadrobienia, gdyż ostatnie kilka lat nie jeździłem zbyt intensywnie na rowerze. Jednocześnie kompletowałem ekwipunek. Mijały miesiące i nie mogłem się doczekać wyjazdu...
Wreszcie nadszedł początek sierpnia. Ruszamy pociągiem z Gdańska do Krakowa, aby wskoczyć do autobusu do Budapesztu, a następnie do kolejnego. Przystanek końcowy: Miercurea Ciuc, Rumunia. Na miejsce dojeżdżamy przed godziną 13. Mając przed sobą tylko połowę dnia i od razu ostry podjazd, nie robimy wielu kilometrów. Trasa wiedzie ciężkim podejściem, a na drzewach powiewają wstążki po organizowanych tu motocyklowych zawodach enduro. Zaczęło się od hardcore’u. Na dodatek pada deszcz. Idziemy, a czasem jedziemy, po śliskich kamieniach i korzeniach. Niezaaklimatyzowany do wysokości dyszę jak lokomotywa. W ciągu kilku godzin pokonujemy niecałe 30 kilometrów i 1000 metrów przewyższenia. Decydujemy się rozbić biwak. Pada coraz mocniej. Zagrzebujemy się w lesie, rozciągając na początku płachtę Pawła. To daje nam schronienie i umożliwia zjedzenie kolacji.
Zaczyna grzmieć. Otaczający nas las wraz z zapadaniem zmroku wygląda coraz bardziej złowrogo. Czasem coś zatrzepocze skrzydłami. Rozbijam namiot i dość szybko zasypiam. W nocy pada. Rankiem już nie, lecz wszystko dookoła jest mokre. Nie mam wprawy w naciąganiu namiotu, przez co trochę wilgoci dostaje się do środka. Zwijam całkowicie mokry tropik i upycham do torby.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Paweł Kudela