okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 7/2008 >> 7/2008 >> Wstydź się roweru

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Luz na korbach


Wstydź się roweru

Marek Zgaiński

Było miło. Przejażdżka dookoła jeziorka w niedzielne popołudnie, słońce migało w szprychach kół. Ogólnie ogarnął mnie nastrój beztroski i radość z pedałowania leśną dróżką. Ale się skończyło, gdy podjechałem pod punkt gastronomiczny z ogródkiem, w którym wszystkie stoliki zajmowali rowerzyści, racząc się napojami chłodzącymi. Gdy zsiadłem z roweru, momentalnie omiotły mnie i maszynę taksujące spojrzenia. W co jest ubrany i na czym przyjechał?
Nie miałem firmowego stroju cyklisty, a pedałowałem na leciwym giancie, w którym wymieniem tylko sztywny widelec na amortyzator i to taki ze średniej półki. Spojrzenia odwróciły się z wyraźną pogardą.
I przyznam, że zacząłem się zastanawiać, czy wypada zaparkować mój rower w sąsiedztwie cud wypasionych maszyn na karbonowych ramach, z „amorami” po trzy „kawałki”. Towarzystwo wyraźnie dawało do zrozumienia, żebym raczej poszukał miejsca na uboczu i nie szpecił zestawu najnowszych modeli. Poczułem dziwny rodzaj wstydu i w pierwszym odruchu chciałem pojechać dalej, ale po chwili przyszła refleksja. Dlaczego mój rower ma być gorszy od ich rowerów? Przecież jest wygodny, sprawdza się na trasach, rzadko coś trzeba w nim naprawiać i w końcu go lubię. Bo to jest mój rower.
A potem przypomniałem sobie, co Sokrates mówił o pięknie, że piękne rzeczy to takie, które są użyteczne, i uznałem, że pomimo podrapanej ramy mój rower jest piękny. I nie ma się czego wstydzić. I bez zażenowania wcisnąłem się w stojak pomiędzy dwa lśniące nowością i pachnące jeszcze fabryką bicykle.
Mówię o tym zdarzeniu, żeby zilustrować tezę, że rower stał się, niestety, wyznacznikiem pozycji majątkowej. Drogi samochód, egzotyczne wakacje, mieszkanie w dobrej dzielnicy, motocykl – to już było. Teraz kolej na rowery. Zaczyna się festiwal firmowych etykietek. Im drożej, tym lepiej. I nie ma zupełnie znaczenia, że supermaszynę stworzoną dla zawodowców MTB wyprowadza się raz w tygodniu, żeby zrobić rundkę dookoła jeziora. Nieważne jest to, że wymiary roweru nie pasują do sylwetki rowerzysty. Ważne jest, żeby inni widzieli, na czym się przyjechało.
Mam nadzieję, że mimo wszystko ten rodzaj podejścia do roweru nie stanie się normą. Wiadomo, że – jak to pięknie ujął klasyk Włodzimierz Uljanow Lenin – lepsze jest wrogiem dobrego i co jakiś czas wymienia się różne części na nowsze, albo nawet całe rowery na modele z wyższej półki, ale wypada zadać sobie wtedy pytanie, czy robię to dla czystego szpanu, czy po to, żeby jeździć? Jeśli dla szpanu, to szkoda pieniędzy. Wystarczy byle jaka rama, kółka i osprzęt, a naklejki firmowe można sobie kupić za grosze w internecie.