okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 10/2013 >> Honor leśnych ludzi

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


Honor leśnych ludzi

Sławomir Bajew
 

Jak lato się skończy, to jesień do nas zawita i ten czas w Polsce najlepszy jest, by grzybów sobie nazbierać. Często wielbiciele leśnych eskapad na grzybobranie wybierają, jako środek transportu, rower. Niejednokrotnie zdarzało się, że stawałem zadziwiony, widząc w lesie porzucony rower. Fascynowało mnie to zjawisko zwłaszcza w dzieciństwie. Zwyczaj zostawiania bez opieki roweru w lesie wydawał mi się absurdalny. To nie były czasy łatwe dla cyklistów. Siermiężność i bieda rozpostarły się również na tej gałęzi gospodarki – zarówno w mieście, jak i na wsi rower był rarytasem. Dlatego niefrasobliwość, z jaką porzucano w lesie rowery, budziła moje zdumienie. Znaczy, wiecie – porzucano… zostawiano w bezpiecznym miejscu. Zresztą wydaje się, że mieszkańcy pobliskich wiosek każde miejsce w lesie uznawali za bezpieczne, co mnie (mieszkańca miejskiej puszczy, a nawet buszu, bo takie tu prawa panowały) wprawiało nieustannie w zdumienie. U nas bowiem już wówczas rozkwitał, a do dzisiejszych czasów zdążył ewoluować do skali plagi, proceder pozyskiwania rowerów głównie z piwnic blokowych. A tu idę na grzybki z tatą i zamiast borowika z wielkim kapeluszem znajduję w lesie czarną, stalową damkę, nawet nieprzykutą łańcuchem do drzewa. Pamiętam, jak szczęka opadała mi za każdym razem prosto w ściółkę, a tata snuł opowieści o prostych ludziach, dla których honor, poszanowanie cudzej własności i wiara stanowiły wartości tyle podstawowe, co oczywiste, że pełni zaufania do innych zbieraczy nie trudzili się zabezpieczaniem rowerów w jakikolwiek sposób. Na miarę herosów starożytności rośli w dziecięcej wyobraźni leśni ludzie. Kiedy spotykaliśmy ich pochylonych nad znalezionym właśnie grzybem, czułem niemal nabożny szacunek.
Razu pewnego, gdym się już nieco w latach posunął, gdy doświadczenia przybyło, a las zdradził niejedną swoją tajemnicę, wybrałem się na grzybobranie rowerkiem właśnie i pomny dziecięcych doświadczeń, oparłem wehikuł o drzewo. Sam, płonąc pożądliwością skoszenia jakiegoś kozaka, a może nawet rydzyka, oddaliłem się w chaszcze, dzierżąc w dłoni kozik i o Bożym świecie zapomniałem. Leżę tak, pełzam czasem, wyłuskując z łona matki ziemi jakieś maślaki, aż tu nagle patrzę: LINA. Solidnej grubości sznur dynda z drzewa pośrodku lasu. Strach mnie ogarnął. Jeśli spojrzę w górę, ani chybi wisielca zobaczę. Jaki inny powód dla wiszącej liny można znaleźć w środku leśnej głuszy? Żadnej w pobliżu ścieżki, szlaku, wyrębu… Jak nic znalazłem trupa! Na razie wisi tylko lina, ale jak łeb podniosę, walnę nim w trepy desperata. Jak amen w pacierzu, tak będzie! Serce wali jak młotem, ale co mam robić? Zwiewać? Przełamuję lęk. Podnoszę się i kieruję wzrok w górę. Ja cię sunę! Wisi. Wisi solidnie podwieszony pod mocnym konarem. Wisi… ale to nie człowiek, tylko… rower. Tak, rower! Tajemnicze samobójstwo roweru? Dajmy spokój. Musiały być osoby trzecie. Trzask gałęzi przywrócił mnie rzeczywistości. Pan Antoni, kiedy zbiera grzyby, tak zabezpiecza rower, bo „panie, teraz to nawet w lesie kradną”. Pogawędziliśmy, pochwaliliśmy się wzajem łupami i ruszyliśmy w stronę, gdzie zostawiłem swój pojazd. Szedłem z duszą na ramieniu: czy będę miał czym wrócić do domu? – zastanawiałem się trwożliwie, mając w pamięci, co mówił pan Antoni. Może jednak za chwilę przeżyję radość, że ideały leśnych ludzi nie do końca wywietrzały z tkanki narodu. Uśmiechnąłem się do siebie. Rower stał, ale ktoś zapobiegliwy i troskliwy spuścił mi powietrze z kół i zapewne, żeby zapobiec zaborowi mojego mienia, pociął opony nożem. To już był zapewne jakiś zagraniczny homo
silvestris, a nie nasz, który pamiętał czasy, gdy honor coś jeszcze znaczył… A może to protest przeciwko niszczeniu polskiego rynku opon rowerowych przez produkty chińskie? W końcu wojna gospodarcza może też toczyć się w lesie i mieć swoich partyzantów. A kto powiedział, że nie?

Sławomir Bajew – dziennikarz poznańskiego Radia Merkury, prowadzi Listę Przebojów, w paśmie przedpołudniowym prowadzi Babie Lato, jest autorem popularnych kalamburów. Słynie z tego, że do pracy bez względu na pogodę dojeżdża rowerem. Na łamach „Rowertouru” publikuje od pierwszego numeru.



 

Parse error: syntax error, unexpected end of file, expecting variable (T_VARIABLE) or ${ (T_DOLLAR_OPEN_CURLY_BRACES) or {$ (T_CURLY_OPEN) in /home/kruszonaol/ftp/rowertour/panel/bbclone/var/access.php on line 164