okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 9/2013 >> 9/2013 >> Kowboj, Jezus i… synek w przyczepce

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> północna Argentyna (część 2)


Kowboj, Jezus i… synek w przyczepce

Adela Tarkowska
Gaucho wracający do domu

Południe to w Argentynie pora święta. Wszystko się zamyka i przez najbliższe dwie do czterech, a nawet sześciu godzin nie zobaczy się na ulicy psa z kulawą nogą. Ludzie idą do domów, aby ugotować obiad dla rodziny, zjeść go wspólnie, a następnie udają się na sjestę.

Wjeżdżamy do miejscowości Chilecito. Jest 12, czyli najgorsza godzina na wjazd do miasteczka. Tak, jak się spodziewaliśmy, jesteśmy spóźnieni. Sklepy spożywcze już są pozamykane. Siadamy na placu, w cieniu rozłożystych drzew i robimy improwizowany obiad z resztek, które zostały nam w sakwach. Jest ciepło i przyjemnie. Udziela nam się miejscowa atmosfera i też mamy ochotę ułożyć się do snu, ale korzystając z tego, że w Argentynie, na każdym głównym placu nawet niewielkiego miasteczka jest bezprzewodowy internet, sprawdzamy pocztę, a następnie idziemy zwiedzać okolicę. Niska, kolorowa, kolonialna zabudowa zachęca do skręcania w kolejne, urokliwe uliczki.
Po pewnym czasie orientujemy się, że na większości drzwi przyklejone są kartki, na których widnieje napis: „Ta rodzina została poinformowana, że środowiska nie odziedziczyliśmy po przodkach, a pożyczyliśmy od dzieci. Woda jest dobrem wspólnym. Famatiny się nie tyka!”. Podobne hasła widzimy wypisane wielkimi literami na murach. Zaintrygowani udajemy się do położonej nieopodal Famatiny. Gdy docieramy na miejsce, zastajemy tłum ludzi z różnych środowisk i w różnym wieku. Są muzycy z instrumentami, są intelektualiści z miast, jest dużo młodych hipisów, nie brakuje też miejscowych. Wszyscy stoją zgromadzeni przy wielkim garze, w którym na ogniu gotuje się jedzenie. Dostajemy do rąk miski i zostajemy zaproszeni do posiłku, podczas którego dowiadujemy się, o co chodzi i skąd hasła, które widzieliśmy w Chilecito.



Zdjęcie: Krzysztof Józefowski