okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 7/2013 >> Ani słowa o piernikach

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Toruń


Ani słowa o piernikach

Marek Rokita
Widok na katedrę Świętych Janów przez furtę w Bramie Żeglarskiej. Po prawej stronie widać fragment barokowego pałacu Dąmbskich

Dotychczas jeździłem do miast, których atrakcje rozrzucone są na dużej przestrzeni. Z Toruniem jest inaczej, wszystko, co najważniejsze, znajduje się praktycznie w jednym miejscu.

To sprawia, że zwiedzanie grodu Kopernika na rowerze nie jest czymś odkrywczym. Przeciwnie, jest całkiem często uskuteczniane przez cykloturystów, którzy zawitają na pomorsko-kujawskie pogranicze. Dotarcie do najważniejszych miejsc Torunia jest w dodatku stosunkowo łatwe, gdyż infrastruktura rowerowa rozwija się tu wyjątkowo szybko. Mało tego, jedna ze stacji kolejowych (Toruń Miasto) położona jest w samym centrum, niemalże na Bulwarze Filadelfijskim, co umożliwia szybkie obejrzenie miasta z perspektywy rowerowego siodełka w drodze na przykład na Mazury.
Moja wycieczka nie zaczyna się jednak na dworcu Miasto. Celowo wysiadam na Głównym, by wejść w skórę tych, którzy innego wyjścia nie mają. No i jest jeszcze jeden, kluczowy powód. Teza o skumulowaniu wszystkich atrakcji turystycznych Torunia w jednym miejscu nie jest do końca prawdziwa. Część lewobrzeżna również nie jest pozbawiona miejsc ciekawych, choć oczywiście nie tak znanych jak Rynek Staromiejski czy wspomniany bulwar.
Toruń Główny to wyjątkowo mała, jak na wielkość miasta, stacja. Wydostać się z niej można przejściem podziemnym (krócej) lub ulicą (bez konieczności targania roweru po schodach). Wybieram drugą opcję, ale nie jest to najszczęśliwsze rozwiązanie. Muszę skręcić w lewo w ulicę Dybowską, a potok samochodów nadjeżdżających z prawej strony jest wyjątkowo duży. Wkrótce jestem znów naprzeciwko dworca i skręcam w wąski zniszczony asfalt w prawo. To uliczka prowadząca przez las, prosto na taras widokowy, który jest akurat w remoncie. Robotnicy nie widzą jednak żadnych powodów, dla których mieliby mnie nie wpuścić na chwilę, bym popatrzał na ich miasto z drewnianego pomostu.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Marek Rokita