okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 7/2013 >> 7/2013 >> Włoski foch

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


Włoski foch

Sławomir Bajew
 

Nie ma co! Trzeba spełniać swoje marzenia, choć żeby to zrobić, trzeba czasem zadać sobie nieco trudu i ponieść koszty. Nie oglądając się zatem ani na trudy, ani na koszty, ruszyliśmy do słonecznej Italii, żeby posmakować przygody na drogach, gdzie co roku w maju odbywa się nasz ulubiony wielki wyścig Giro d’Italia. Piszę „ruszyliśmy”, bo wybrałem się w okolice Lago di Garda wespół z bratem: człowiekiem, z którym na rowerze jeździ mi się najlepiej pod słońcem. A co dopiero będzie pod słońcem Włoch! Brat pracowicie studiował mapy i rzucił propozycję trasy, na którą przystałem, żywiąc jednak w głębi duszy obawę, czy dam radę wspinać się kozimi ścieżkami, przebijać tunelami i gnać w dół na złamanie karku przez ponad 100 kilometrów drogami, gdzie przewyższenia sięgają 1500 metrów. Ważny jest dla tej refleksji fakt, że się zgodziłem. Oddałem inicjatywę bratu, zwalniając się z odpowiedzialności za ewentualne niepowodzenia nawigacyjne.
Wyjechaliśmy. Początkowo leciutko, a potem ostro w górę. Widoki oszałamiające. Przeciskamy się przez przylepione do skał wioski i miasteczka uliczkami tak wąskimi, że ledwie mieszczą się na nich dwa rowery obok siebie. Dość sterany jestem na pierwszej przełęczy. Niby wysokość nie jest imponująca (niecałe 1000 m n.p.m.), ale mając na uwadze, że podjazd rozpoczęliśmy niziutko (na wysokości 60 m n.p.m.), moje sapanie ma jakieś uzasadnienie. A przejechaliśmy ledwie 23 kilometry z planowanych 127. Sapanie! Sapanie to w sumie normalna sprawa, jak się ma już ponad 50 lat i nie jeździ codziennie rowerem po górach. Ważniejsze (i bardzo wstydliwe dla mnie) okazało się sarkanie. Gdyby było wyżej, mógłbym się tłumaczyć chorobą wysokościową, ale tu? Ledwie kilometr nad poziomem morza nie znajduję dla siebie usprawiedliwienia. Żeby nie było – nie szukam go, choć jest mi przykro, że burczałem pod nosem, rzucając niby to do nikogo uwagi natury ogólnej: za wysoko, za gorąco, za daleko, noc nas tutaj zastanie, nie zdążymy... Brat cierpliwie znosił moje gderanie, gdy nie odnaleźliśmy ścieżki, która powinna gdzieś tu odbijać w prawo. Wreszcie zapytał, nie kryjąc irytacji, po co to wszystko mówię. Jakbym dostał w pysk! No właśnie, po co? – Myślałem, że jeżdżenie jest przyjemne – powiedział bardziej ze smutkiem niż złością. Dał mi mapę i powiedział, że mam sobie jechać sam, jak mi nie pasuje. Uniosłem się dumą. – Wiem, gdzie jestem. Mapy nie potrzebuję – warknąłem. Pojechał pod górę swoim tempem, zostawiając mnie z moją własną złością i rozczarowaniem. Zrobiło mi się szalenie przykro. Przecież po to właśnie przyjechaliśmy: jeździć po górach, no i przede wszystkim zgodziłem się na proponowaną trasę. Zawołałem go po imieniu, czując w swoim głosie bezradność. Bezradność wobec własnej słabości i urażonej dumy. Bezradność złośnika, który o mało co nie został sam na własne życzenie, a jednak gotowego szukać winnych pośród innych ludzi. Brat zwolnił. Dogoniłem go, nie chcąc, abyśmy przez kolejny tunel przejeżdżali oddzielnie. Ja miałem światełka. Za tunelem zrobiło się strasznie stromo. Znalazłem się w potrzasku. Nie miałem siły jechać pod górę tak szybko jak brat. Co zrobić? Przeprosiłem go za wszystkie złe słowa wypowiedziane podczas tej wspaniałej wycieczki. Wyrzuty sumienia o mało nie doprowadziły mnie do płaczu grzesznika. – Na przełęczy, gdzie mam nadzieję dojechać, pojadę któtszą drogą. Jedź dalej sam. Przepraszam – przeciskałem słowa przez gardło wąskie jak wspomniane uliczki. Pojechał. W oddali zagrzmiało. Skręciłem w las i deptałem jeszcze dobre pięć kilometrów pod górę. W kompletnej głuszy na skraju skalistej doliny natknąłem się na maryjne sanktuarium. Rozpadał się deszcz. Skulony pod okapem przeczekałem go, żując gorzką myśl o bezinteresownej złości, która potrafi zabijać to, co w życiu najpiękniejsze: przyjacielską więź i przygodę. Mój włoski foch niech będzie przestrogą dla nas wszystkich, którzy często w większych grupach zapuszczamy się w cudną przestrzeń przyrody i przyjaźni.

Sławomir Bajew – dziennikarz poznańskiego Radia Merkury, prowadzi Listę Przebojów, a w paśmie przedpołudniowym Babie Lato jest autorem popularnych kalamburów. Słynie z tego, że do pracy bez względu na pogodę dojeżdża rowerem. Na łamach „Rowertouru” publikuje od pierwszego numeru.



Zdjęcie: Sławomir Bajew