okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 4/2013 >> Jak rower uwolnił kobiety

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Styl życia >> feministyczna historia cyklizmu


Jak rower uwolnił kobiety

Łukasz Długowski
Gdyby nie rower, kobiety jeszcze przez wiele lat siedziałyby uwięzione w domach

Wielka rewolucja francuska, chińska, rosyjska… Wszyscy o nich dyskutują i pamiętają. Niewielu natomiast wie, że w równym stopniu, i to w bezkrwawy sposób, świat zmieniły dwa kółka, łańcuch i para spodni.

Nad San Francisco unosiła się mgła. Było zaledwie dziewięć stopni Celsjusza, zimno jak na Kalifornię. Thomas Stevens zapakował kilka par skarpetek, koszulę, płaszcz i wsiadł na rower. Czarny, z niklowanymi kołami – wielkim z przodu i malutkim z tyłu, 127-centymetrowy wielkokołowiec. Wybiła ósma rano, 22 lipca 1884 roku. Początek pierwszej w historii podróży na rowerze dookoła świata. Ponad dwa lata później Stevens wrócił, zatoczywszy kółko wokół globu, i podtrzymał w ten sposób mit panującego nad światem mężczyzny. Kobiety mogły tylko patrzeć. Do czasu.
Kiedy w 1869 roku Francuz Eugene Meyer opatentował koło z indywidualnie dopasowywanymi szprychami, rozpoczęło się życie wielkokołowca. Ulepszany przez następne kilkanaście lat, okres swojej świetności miał w latach 80. XIX wieku. Wprawdzie wielu kusił i przyciągał, jednak przejażdżka na nim groziła śmiercią. Problemem było samo wejście na rower – siodełko często było na wysokości półtora, a czasami nawet trzech metrów. Cóż, wystarczyło wejść po drabinie. Po wejściu pojawiały się kolejne problemy do rozwiązania: utrzymanie równowagi i hamowanie. Żeby się nie zabić, i jedno, i drugie trzeba było opanować do perfekcji. Ci, którzy mieli z tym kłopoty, zaliczali tzw. the header, czyli główkę. Kiedy gwałtownie spadali z roweru, uderzali głową o ziemię. Co bardziej sprawni podczas zjazdów z górki ściągali nogi z pedałów i zakładali je na kierownicy. W razie wypadku amortyzowali uderzenie stopami o ziemię.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: ZDJĘCIE DZIĘKI UPRZEJMOŚCI MARY LEVY GOLDINER