okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 6/2008 >> Kamiński i „płaszcze” w rozmiarze 26 cali

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Styl życia >> Historia pewnego zakupu


Kamiński i „płaszcze” w rozmiarze 26 cali

Opowiada Augustyn Dębiec. Spisał Tomasz Dębiec.
Sentyment do rowerów Augustynowi Dębcowi pozostał do dziś

Kiedy dziś przymierzamy się do kupna roweru, jedynym naszym zmartwieniem jest z reguły kwota, którą możemy na ów jednoślad przeznaczyć. Wybór modeli jest bowiem przeogromny. Nawet z domu
nie trzeba wychodzić. Wystarczy zajrzeć na internetową aukcję. Tymczasem ponad 50 lat temu proces zakupu roweru to była prawdziwa przygoda. Jak niejedna dzisiejsza wyprawa. Wysłuchałem i spisałem historię mojego ojca, Augustyna Dębca, o tym, jak kupował swój pierwszy rower. Był rok 1952, tata miał wtedy 12 lat.


W trudnych latach powojennych nie można było tak po prostu pójść do sklepu i kupić, co się chciało. Dotyczyło to także rowerów. Było trochę jednośladów sprzed wojny, a wśród nich modele, które zostawili żołnierze niemieckiej armii. Te ostatnie to były dobre ople na 26-calowych kołach.
W okolice Krosna, gdzie mieszkaliśmy, ludzie przywozili stare niemieckie rowery z tzw. Ziem Zachodnich. Były wśród nich simsony i wanderery. Przez pierwsze powojenne lata w ogóle nie było w Polsce nowych rowerów. Dopiero około 1950 roku pojawiły się bałtyki. Ale trudno było je kupić, bo obowiązywał na nie przydział, czyli tzw. talon. Mojemu ojcu udało się taki talon zdobyć, ale Stasia, moja siostra, chciała mieć zegarek, i rodzice zadecydowali, że ów talon przeznaczą na zegarek, nie na rower. Cóż, trzeba było wybrać. Zresztą bałtyk tacie niezbyt się podobał. Koła ciężko się obracały; kiedy zakręciło się tylnym, strasznie huczała piasta. Ogólnie nie był to jednoślad dobrze i dokładnie wykonany. Tata stwierdził więc, że lepiej kupić porządny, przedwojenny rower. Poza tym bałtyk nie był tani. Kosztował około 900 złotych, a to była równowartość jednej dobrej pensji… Minimalne wynagrodzenie wynosiło wtedy bodaj 300 złotych.

Dwa koła na strychu
Najczęściej ludzie po prostu szukali i dowiadywali się, czy ktoś nie ma przypadkiem do sprzedania jakiegoś roweru. We wsi był taki Bronek Królicki, który miał rowerów na strychu pewnie z dziesięć. Dostał je od Żyda, który przed wojną prowadził w Rymanowie sklep rowerowy. Bronek miał je tylko przechować, ale ich właściciel zginął i rowery zostały już na strychu w Łazach. Poszedłem więc do Bronka z Jaśkiem Zajdlem, starszym o sześć lat kolegą, który już wtedy właściwie zawodowo zajmował się naprawianiem jednośladów. Tata dał mi 500 złotych i powiedział, że jak uda mi się kupić za tę sumę, to dobrze, a jak nie, to trudno, roweru nie będzie. Targowaliśmy się caluśki dzień z Bronkiem. To był facet trochę postrzelony. Jego żona prosiła go, żeby już dał spokój i poszedł do pracy w polu, bo był to akurat okres żniw.
– Cicho, ja handluję – odszczekiwał się Bronek. Koniec końców, ustaliliśmy cenę na 550 złotych. Jasiek przekonał handlarza, że brakujące 50 złotych odrobię mu przy poganianiu konia w kieracie.

Więcej: czytaj w magazynie „Rowertour”



Zdjęcie: Marcin Rzeszut