okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 3/2013 >> 3/2013 >> Przed wojną udało się uciec

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Wyprawa numeru >> Tadżykistan


Przed wojną udało się uciec

Michał Sitarz
Zjazd z jednej z wielkich przełęczy w północnym Tadżykistanie

Rozpoczynając naszą podróż, mamy nadzieję, że o własnych siłach pokonamy kawał Azji Środkowej. Jedziemy długą prostą, trochę oślich zaprzęgów, trochę samochodów, niekończąca się równina.

Lotnisko w Taszkiencie. Bagaże dolatują bez uszczerbku, co zawsze jest wspaniałą wiadomością. W sąsiedztwie taśmy z bagażami nie ma wózków, trzeba więc kilkudziesięciokilogramowe worki i kartony nieść, można też je ciągnąć po posadzce. Długa kolejka do wypełniania deklaracji, naturalnie jedna kopia nie wystarcza, wypisujemy więc dwie na osobę.
Późna noc, właściwie do świtu już niedaleko. Na zewnątrz pełno taksówkarzy, naganiaczy przekonujących, dlaczego to właśnie z ich oferty należy skorzystać. Zaczynamy rozważać, czy faktycznie nie lepiej będzie odjechać za miasto z zapakowanym sprzętem i tam, z dala od miejskiego gwaru i upału, bawić się w skręcanie rowerów. Jest busik, który jedzie w interesującym nas kierunku i weźmie nas z całym ekwipunkiem za niewielką opłatą.
Po kilku godzinach jesteśmy w Bekobod. Pokonaliśmy długą prostą, przecinającą płaską jak deska równinę. Jedyny hotelik w miasteczku nie przyjmie nas, bo nie chce obcokrajowców. A dlaczego? Tego niestety nie wiemy do dziś. Nic nie pomaga rozmowa naszego kierowcy z kierownikiem. W rezultacie nocujemy u pewnej uzbeckiej rodziny. Śpimy około pięciu godzin. Widać tego nam było potrzeba. Po południu niespiesznie zaczynamy rozpakowywać worki z ekwipunkiem, skręcamy nasze jednoślady. Wieczorem jemy kolację z naszymi miłymi gospodarzami i ich gośćmi. Jest tu student metalurgii z Taszkentu, jest młody dziennikarz z Kazachstanu i kilka innych ciekawych osób. W nocy nie możemy spać, siadamy na schodach, patrzymy w rozgwieżdżone niebo. Gospodyni przynosi nam koc, żebyśmy nie siedzieli na kamieniach. Tak rozpoczęła się, kolejna przygoda.
Wyjeżdżamy o poranku.
– Cześć, kolego – mówi ktoś z otaczającej nas grupki skośnookich Uzbeków. Powitanie pada po… polsku.
– Cześć – odpowiadam. – Skąd znasz polski… kolego?
– Wiesz, spędziłem w Polsce kilka lat, sprzedawałem towar na Stadionie X-Lecia w Warszawie.
– Pewnie handlowałeś płytami CD, co?
– Płytami też, ale głównie perfumami.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Michał Sitarz