okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 3/2013 >> 3/2013 >> Pięć minut Ani

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


Pięć minut Ani

Robb Maciąg
 

O drodze przez Himalaje marzyliśmy od dawna. Zresztą jak chyba każdy sakwiarz. W końcu, kto nie chciałby wjechać rowerem na wysokość 5000 metrów nad poziom morza. No pokażcie mi takiego? Wielkie przestrzenie, wielkie wyzwania i wielkie wysokości zawsze budzą w nas emocje i, wcześniej czy później, każdy z nas szuka okazji, by się z nimi zmierzyć. Każdy oczywiście ma swoją definicję wielkości i o ile dla kogoś wjazd na Przełęcz Karkonoską będzie wyzwaniem życia, o tyle dla innego muszą to być dalekie przełęcze transhimalajskie.
My mieliśmy dużo szczęścia, że dane nam było znaleźć się daleko w Indiach i spojrzeć wysoko w górę. Dojechaliśmy kilkoma autobusami do Manali, które stanowi jeden z kilku możliwych początków drogi do Ladakhu, i już następnego dnia czekał nas kilkudziesięciokilometrowy podjazd. Droga była dość wąska, miejscami zerwana i ciągle siąpił deszcz, powlekając alpejskie lasy mgłą. Przy potrąconych przez samochody cielakach zbierały się sępy i orły, ale dla nas największym wyzwaniem były jeepy wiozące indyjskich turystów na wielką polanę, na której mogli dotknąć śniegu. Oni przeszkadzali nam, a my im. Oni wyprzedzali na wariata każdego, a my byliśmy zwykłymi zawalidrogami. Kilometry serpentyn ciągnęły nas wysoko w górę na przełęcz Rothang, która leżała 2000 metrów powyżej Manali. Ot, dwa kilometry w górę. Około południa wszelki ruch niemal ustał i mogliśmy już spokojniej się wdrapywać, ale tylko do chwili, gdy... wszyscy zaczęli zjeżdżać. No tak. Zobaczyli śnieg, zrobili sobie zdjęcie i wracali na obiad do hotelu. O ile rano, co chwilę ktoś się przed nas wciskał, o tyle teraz wyprzedzał na czołówkę i trąbił jak szalony. W końcu byliśmy w Indiach i to naszym obowiązkiem było uważać na wszystko i wszystkich.
Na Rothang wjechaliśmy późnym popołudniem, a do najbliższej wsi, po drugiej stronie, mieliśmy jeszcze kilka kilometrów zjazdu szalonymi serpentynami, ale udało się. Rozbiliśmy namiot pod świątynią, w restauracyjce kupiliśmy kolację, a na deser Okocim Palone. Kto by się spodziewał, że w Indiach będą wytwarzali to „znane piwo angielskie, proszę pana”. Świat jest pełen niespodzianek…
Rozpoczęliśmy kilkudniowy przejazd przez Transhimalaje. Wjeżdżaliśmy na wielkie przełęcze, podkarmiani przez przesympatycznych indyjskich motocyklistów. W tym wszystkim przeszkadzała nam jednak choroba wysokościowa. Oczywiście moja, bo Ania pruła do przodu, patrząc tylko co chwilę, czy ze mną wszystko w porządku. Popijałem zupę czosnkową, jak doradzali nam miejscowi, i łykałem Diamox, który miał pomagać na ból głowy spowodowany wysokością. Tylko że ja nie miałem choroby wysokościowej w głowie, lecz w żołądku, i nic nie mogłem na to poradzić. Jadłem w zasadzie dla idei, a kilka minut po posiłku i tak biegłem do toalety.
I tak dzień za dniem, ale za to z uśmiechem wariata, który był w najpiękniejszym miejscu na świecie. Tylko to się liczyło. No, może jeszcze to, że na podjazdach zostawałem nieźle z tyłu, a Ania miała swoje wielkie pięć minut. A dookoła nas była pustka wypełniona wiatrem, górami, gołębiami przymilającymi się do siebie nawzajem i olbrzymie Himalaje. Co to były za dni! Dni pełne przeżyć i widoków, właściwie atmosfery tak cudownej, że nie dawało się jej opisać słowami. Co prawda ja przysypiałem na postojach i bałem się cokolwiek zjeść, ale to było nieważnym marginesem. Nawet nie przeszkodą, co małym kamieniem w bucie, do którego zawsze można się przyzwyczaić.
Przed ostatnią przełęczą, która wspinała się na ponad 5300 metrów n.p.m., dogonił nas niejaki Dwaine. Kolarz, który całą drogę śmignął w trzy dni i „czuł się wyśmienicie”. Oddał mi swoją czekoladę, zapas Diamoksu, po czym nonszalancko przewiązał sobie jedwabną wkładkę do śpiwora niczym płaszcz Supermana i z okrzykiem „I’m coming!” ruszył dziarsko pod górę.
A ja sobie jeszcze chwilę posiedziałem. W końcu przełęcz nie zając, a czekolada taka dobra... 

Robert Robb Maciąg – z wykształcenia nauczyciel, z pasji – rowerzysta, fotograf i autor trzech książek podróżniczych. Wraz z Anią, żoną – rowerzystką, przejechał dopiero kawałek świata. Na łamach „Rowertouru” publikuje od pierwszego numeru.
Członek Kapituły Konkursu o Nagrodę „Rowertouru”.