okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 2/2013 >> (Nie) tylko dla orłów

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Szwecja, Norwegia, Finlandia


(Nie) tylko dla orłów

Marcin Kita
Unikat na skalę światową z muzem w Tikkakoski – bombowiec Bristol Blenheim

Wyprawa po Szwecji, Norwegii i Finlandii od dawna była w moich planach. Nie chciałem jednak tak po prostu przejechać określonej trasy, przy okazji podziwiając surowe krajobrazy. Lotnictwo i militaria to moje hobby obok cykloturystyki. Wytyczyłem więc autorski muzealny szlak rowerowy po Półwyspie Skandynawskim, dedykując go podobnym do mnie pasjonatom.

Moje przygotowania nie trwały długo. Kluczową rolę odegrał internet. Za jego pomocą zlokalizowałem znane mi dotąd tylko wirtualnie muzea, wyrwałem kilka stron z atlasu samochodowego Europy, zakupiłem bilet na prom do Karlskrony i w drogę!
Gdy opuszczałem Polskę, żegnała mnie ciepła, letnia pogoda. Za to Szwecja powitała mnie deszczem, chmurami i jesiennymi temperaturami. Pierwszego wieczora rozbiłem namiot w lesie, tuż koło lotniska, niedaleko miasta Växjö. Stawiałem go w błyskawicznym tempie, ponieważ znów zaczynało padać. Przygotowując kolację na turystycznym palniku gazowym, patrzyłem, jak krople deszczu wpadają mi do zupy. Pierwsze dni potraktowałem jako swoistą rozgrzewkę, chciałem się rozjeździć, jednocześnie poruszając się w kierunku północno-zachodnim, w stronę granicy z Norwegią. Teren był lekko pofałdowany, a krajobrazy podobne do tych, jakie znam z północnych regionów naszego kraju. Sama Szwecja, oglądana po raz pierwszy z wysokości siodełka rowerowego, wydała mi się krajem trochę dziwnym. Mimo dobrych dróg rowerowych, cyklistów widywałem niewielu, co więcej – ludzi w ogóle było jak na lekarstwo. Większość wiosek, przez które przejeżdżałem, wyglądała na wymarłe. Do dziś nie wiem, czy to kwestia trasy, czy też może większość mieszkańców była akurat na wakacjach, czy też taki jest urok szwedzkiej prowincji. Poruszając się na północ, po raz pierwszy w życiu doświadczyłem tak zwanych białych nocy. A ściślej – nocy nie było praktycznie w ogóle. O godzinie 23 wciąż miałem nad sobą jasne niebo, jak w środku dnia. Szaro, ale nie ciemno, robiło się tylko między 1 a 3 w nocy.
Przekroczyłem granicę z Norwegią, pogoda trochę się poprawiła, więc niespiesznie i w dobrym humorze zbliżałem się do Muzeum Norweskich Sił Powietrznych w Oslo-Gardermoen.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Marcin Kita