okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 2/2013 >> Kierowcy już do nas przywykli

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Styl życia >> Nowy Sad


Kierowcy już do nas przywykli

Łukasz Długowski
Nowy Sad jak każde bałkańskie miasteczko jest miejscem usianym kawiarnianymi stolikami

Szacuje się, że co roku w Nowym Sadzie skradzionych zostaje około 2 tysięcy rowerów, wartych 200 tysięcy euro. Biorąc pod uwagę liczbę rowerzystów, których w mieście jest około 10 tysięcy, w ciągu kolejnych pięciu lat każdy z nich straci swoje dwa kółka.

Konflikt w Serbii był pierwszą wojną, którą jako kilkunastoletni chłopak z pełną świadomością oglądałem w telewizji. Pierwszą wojną, którą sam mogłem wspominać. Od tamtego momentu minęło trzynaście lat. Kiedy spoglądam na Nowy Sad tuż po tym, jak wysiadam z pociągu, dawno jest już po zachodzie słońca. Żółte światło latarń bezskutecznie próbuje się przebić przez noc. Blask lamp nie rozlewa się na ulice, pozostaje skupiony w miejscach, w które wpatrują się reflektory. Miasto wygląda jak podczas wojennego zaciemnienia. W 1999 roku to była codzienność. Przez trzy wiosenne miesiące, na Nowy Sad spadały NATO-wskie bomby. Naloty prowadzone w ramach operacji Merciful Angel (Miłosierny Anioł) miały zmusić jugosłowiańskie wojska do wycofania się z Kosowa.
Blok z wielkiej płyty i mieszkanie, w którym gości mnie Maja z rodziną, od południa ograniczony jest Dunajem, a od północy salami wykładowymi miejscowej politechniki. Chociaż w słoneczny poranek intensywniej przyciągają mnie do siebie plaże Dunaju, to bardziej naglący jest głód, który od kilku godzin wierci mi dziurę w brzuchu. Na szczęście tam, gdzie są studenci, musi być też jedzenie. W poszukiwaniu lokalnych garkuchni pedałuję uliczkami kampusu. Pierwszy kontakt z ulicą jest dość przyjemny, samochodów jest niewiele, a większość z nich i tak toczy się na tyle leniwie, że nie stwarza dla mnie zagrożenia. Jedyne, czego na razie mi brakuje, to miejsca, gdzie mógłbym zjeść coś poza surową marchewką i mąką.
Na szczęście dojeżdżam do jednej z głównych ulic miasta, a ta musi mnie doprowadzić do porządnego jedzenia. Wzdłuż niej, po obu stronach biegnie szeroka, asfaltowa droga rowerowa. Rowerzystów na niej niewielu, dziwne, bo warunki całkiem niezłe. Dwa metry wolnej od przechodniów przestrzeni, oddzielonej od ulicy szpalerem drzew, bez dziur i odkształceń. Człowiek prawie nie czuje, że jedzie.
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Łukasz Długowski