okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 2/2013 >> 2/2013 >> Jak to się robi na Kubie

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Wyprawa numeru >> Cubanacan 2012


Jak to się robi na Kubie

Piotr Tomza
Spotkanie el Polaquito z el Pedrito

Słońce, lekki wiatr, łagodne podjazdy i długie zjazdy. Zatrzymujemy się na chwilę w cieniu. Palm, oczywiście. Na kawałku odrapanego szkolnego muru kolorowy portret charyzmatycznego brodacza. Wiadomo, „Hasta la victoria siempre”. Mało? No to zza zakrętu wyjeżdża potężny różowy lincoln. Na oko rocznik 1954. Świetnie. A podobno przyjechaliśmy tu przełamać stereotypy w postrzeganiu Kuby.

Decyzja o tym, by na rowerową wyprawę nie zabierać rowerów, była przemyślana. Ich kupno dopiero na miejscu miało być dla nas pierwszym wyzwaniem. Szczerze mówiąc, zakładaliśmy, że może być z tym trochę kłopotów, ale raczej wcześniej niż później trafimy za niewielkie pieniądze na jakąś „chińszczyznę”. Aż dziwne, że zupełnie nie braliśmy pod uwagę tego, że na Kubie rowery będą kubańskie.
– Dosyć. Musimy przejąć kontrolę nad grupą – stanowczo oznajmił Piotr, po czym płynnie zmienił język na hiszpański (no dobra, tak naprawdę nie zmienił, tylko poprosił Radka, żeby to przetłumaczył): – Koniec ściemniania, dziewczyny! Gdzie jest ten wasz kolega?
Jego zdenerwowanie było uzasadnione. Po pierwsze, dopiero od dwóch dni byliśmy na Kubie, po drugie, już drugi dzień bezskutecznie szukaliśmy w Hawanie jakiegokolwiek miejsca, w którym ktoś mógłby nam sprzedać cztery rowery. Nowe czy używane – bez znaczenia. Byle z ramą przynajmniej odrobinę większą niż na komunijny prezent. Na razie odwiedziliśmy prawdopodobnie wszystkie dewizowe sklepy w centrum, kilka rowerowych, podjęliśmy też beznadziejną próbę umówienia się ze sprzedawcami przez kubański odpowiednik Allegro. Beznadziejną, bo jeśli chodzi o dostęp do internetu, to na Kubie – mówiąc oględnie – nie ma zbyt wielu hot spotów (swoją drogą miesiąc bez dostępu do tych wszystkich arcyważnych informacji z kraju i ze świata – błogosławieństwo!).
– Spokojnie, Pedrito, jeszcze tylko dwie przecznice – odpowiedziała Gladys, choć wtedy sądziłem, że ma na imię Mira, bo gdy ją o to spytałem – a przynajmniej tak mi się wydawało, bo po hiszpańsku nie znałem wówczas ani jednego słowa – tak właśnie odpowiedziała. – Fajne, słowiańskie – pomyślałem sobie.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Radek Okieńczuk