okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 6/2008 >> Pełny brzuch podnosi uroki podróży

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Styl życia >> Tomasz Chyziński


Pełny brzuch podnosi uroki podróży

Z Tomaszem Chyzińskim rozmawia Ewa Worobiec
Przed Białym Domem w Waszyngtonie

Kończysz dwuletni etap podróży rowerowej dookoła świata. Za Tobą Europa, Ameryka Południowa i Północna, przed Tobą – Australia i Azja. Kiedy pojawił się pomysł na taką wyprawę?
– Dawno temu. Pewnego dnia zadzwonił do mnie przyjaciel. „Jak pojedziesz z nami na Nordkapp, dostaniesz komplet nowych sakw rowerowych” – kusił. Długo nie dałem się namówić, w końcu uległem. W połowie wyprawy skończyły się nam pieniądze. Byliśmy przy kole podbiegunowym, bez środków do życia, padał deszcz, wiało, a my dożywialiśmy się jagodami, grzybami. Któregoś dnia mój kolega, Grzesiek, dokonał genialnego odkrycia. W sklepach skupowano plastikowe butelki po napojach, a na poboczu drogi leżało ich trochę. Zaczęliśmy je zbierać i sprzedawać. Pieniędzy wystarczyło na płatki owsiane, czasami fasolkę w pomidorach w puszce. Wtedy zdałem sobie sprawę, że w zasadzie gorzej już być nie może, ale – co ważne – wyprawa trwa dalej i wciąż sprawia mi dużą frajdę. Cóż więc stoi na przeszkodzie, żeby kiedyś, w przyszłości, pojechać dalej, i dalej. Tyle że z większą sumą pieniędzy, bo pełny brzuch podnosi uroki podróży.

Dlaczego pojechałeś sam?
– Nie planowałem objeżdżać świata w pojedynkę. Przed wyjazdem umieściłem ogłoszenie na stronie internetowej dla rowerzystów, że szukam partnera. Otrzymałem kilka e maili, w tym od Kathrin z Niemiec. Po kilku listach i telefonach ustaliliśmy datę startu. Kathrin przyjechała do mnie do domu, dalej ruszyliśmy razem. Po tygodniu miałem wypadek w Czechach, złamałem ramię i musiałem przerwać pedałowanie. Kathrin nie chciała czekać, aż wyzdrowieję. Przykre o tyle, że jedną z głównych przyczyn, dla której nie chciałem podróżować sam, była myśl, że towarzysz wesprze mnie w trudnych chwilach. Okazało się jednak, że i tak muszę sobie radzić sam. Nie szukałem kolejnych partnerów. W ciągu dwóch lat wyprawy, zaledwie przez tydzień podróżowałem z Austriakiem, dołączyli później do nas Chorwaci. Z kolei przez dżunglę Gujany przez dwa tygodnie pedałowałem z Paolą, Igelem i ich psem Rambo. Brak stałego towarzystwa przekonał mnie, że jednak wygodniej podróżuje się samemu. W pojedynkę łatwiej nawiązuje się kontakt z ludnością odwiedzanych krajów, poznaje kulturę danego regionu, łatwiej o nocleg. Poza tym jest się niezależnym, nie trzeba się do nikogo dostosowywać. Z Austriakiem i Chorwatami rozstałem się właściwie przez przypadek. Oni jechali szybciej, ja wolniej, i w końcu się zgubiliśmy. Z kolei Paola z Igelem jechali wolniej niż ja. Nie chciałem spędzać z nimi kilku dni w Georgetown, stolicy Gujany. Po trzech dniach nie miałem tam co robić. Oni zostali dłużej.

Samotne podróże są ryzykowne. Nie przerażało Cię to nigdy?
– Wielu ludzi marzy o podróżowaniu, ale niewielu decyduje się na ten krok. Z różnych powodów. Strach jest jednym z nich. Często byłem pytany, gdzie będę spał. Gdy odpowiadałem, że nie wiem, reagowano zdziwieniem. Według mnie, warto przełamać bariery wewnętrzne i rzucić się w wir życia. Takiego prostego życia, ale za to z emocjami, że hej! Prawdę mówiąc, podczas kolejnych etapów podróży coraz mniej mi zależało na liczbie przejechanych kilometrów, a coraz bardziej zaczynało się podobać takie beztroskie życie, nieraz trudne, ale jakże ciekawe.

Więcej: czytaj w magazynie „Rowertour”



Zdjęcie: Tomasz Chyziński