okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 1/2013 >> Nad morzem grzbietów

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> z Bielska-Białej na Błatnią


Nad morzem grzbietów

Tomasz Dębiec
Ostatnie metry podjazdu wymagają szczególnej mobilizacji...

Kiedy nie macie pomysłu ani ochoty na układanie wymyślnej trasy, najlepiej zdecydować się na sprawdzony klasyk. Jednym z takich w Beskidzie Śląskim jest z pewnością przejazd przez Szyndzielnię i Błatnią, ze startem w Bielsku-Białej. Warto go jednak nieco zmodyfikować...

Niezmiennie zazdroszczę mieszkańcom Bielska-Białej. Wielkość miasta w połączeniu z lokalizacją stawia je w moim osobistym rankingu na pierwszym miejscu w Polsce. Gdybym miał się gdzieś przeprowadzić, to właśnie tam. Znajomi bielszczanie po pracy organizują sobie popołudniowe wycieczki, które nie są tylko przejażdżkami dla utrzymania kondycji, ale prawdziwymi, pełnoprawnymi wypadami w góry, na jakie ja mogę sobie pozwolić tylko wtedy, kiedy wezmę urlop. To nic, że te wycieczki trwają zaledwie dwie, trzy godziny. Ważne, że w tym czasie można pobyć w prawdziwych górach i wrócić do domu na kolację.
Dlatego, kiedy pakuję rower i mam przed sobą jakieś półtorej godziny jazdy samochodem, Paweł, z którym się umówiłem, najpewniej jeszcze smacznie śpi w swoim domu opierającym się o beskidzkie stoki. Umawiamy się na parkingu pod Szyndzielnią, stałym punkcie wypadowym na tutejsze stoki. Do tego niedaleko startuje wyciąg z gondolą, z którego mogą korzystać rowerzyści, oraz biegnie popularny szlak pieszo-rowerowy na górę. Cóż, sam podjazd może nie jest przysłowiową bułką z masłem, ale średnio wytrenowany cyklista powinien dać radę utrzymać się w siodełku na całej długości. O ile tylko będzie miał wystarczająco dużo samozaparcia.
Parkuję samochód i odbywam stały ceremoniał przygotowywania roweru do jazdy. Sprawdzam plecak, ochraniacze (tutaj mogą się przydać) i mogę ruszać. Niestety sam, bo kolegi ciągle nie ma. No tak, zawsze spóźniają się ci, którzy mają najbliżej – myślę nie bez złośliwości. Dzwonię do Pawła. Okazuje się, że nastąpiło drobne nieporozumienie i on już zaczął podjazd w kierunku Dębowca i w schronisku miał zamiar na mnie zaczekać. Po chwili rozmowy ustalamy, że może warto zaoszczędzić trochę czasu i sił na podjeździe i zamiast mielić na młynku przez godzinę, lepiej skorzystać z usług kolejki gondolowej. To była oczywiście sugestia leniwego turysty.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Tomasz Dębiec