okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 1/2013 >> 1/2013 >> I w sierpniu bywa różnie

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


I w sierpniu bywa różnie

Robb Maciąg
 

Zakładam, że za oknem szaleje zima. Większość rowerów stoi w piwnicach, czekając na lepsze czasy. Ci, którzy mimo wszystko muszą jeździć, mają na sobie kilka warstw ubrań, różne wynalazki pomagające ogrzać dłonie i stopy. Mimo to sam najbardziej zmarzłem w sierpniu. Nie byłem ani w Patagonii, ani na Antarktydzie. Byłem w Pamirze, miało być lato, więc nie zabrałem ze sobą zimowych rękawiczek. Niby po co, skoro był sierpień. Tylko skąd miałem wiedzieć, że najcieplej było tu w 1997 roku. Całe 27 stopni Celsjusza. Cóż, mogłem jednak pomyśleć, że na 4300 metrach n.p.m. deszcz zamienia się w śnieg. Zamiast tego byłem zaślepiony pięknem gór i własną przygodą i za chwilę miałem przeżyć najgorszy rowerowy dzień w moim życiu.
Wyjechaliśmy spod rzeki Pamir w stronę asfaltu kryjącego się za przełęczą Kargusz. Żołnierze mieszkający w odludnej bazie pod samą przełęczą pożegnali nas najcieplej, jak potrafili, i kazali obiecać, że wszystkim spotkanym turystom przypominać będziemy, aby przywieźli ze sobą papierosy. Strzepnęliśmy z namiotu drobny śnieg i udając, że marznąca mżawka wcale nie robi na nas wrażenia, ruszyliśmy w stronę odległego o jakieś 25 kilometrów Bulunkul. Po kilkunastu minutach przemokły mi nieprzemakalne rękawiczki. Chwilę potem, lekko pokryte ciągle padającym śniegiem, zamarzły. Zmarznięty, przemoczony i wśród gór, których nie było widać, wjechałem na przełęcz. Na 4300 metrów. W dodatku szutrową drogą. Co kilkaset metrów schodziłem z roweru i wkładałem dłonie pod pachy, aby jakoś je rozgrzać, ale niewiele to dawało. Zapakowałem je więc w suche skarpetki i plastikowe woreczki, ale właśnie wtedy straciłem czucie w palcach. Kilkanaście lat temu przemroziłem dłonie i dziś bardzo szybko tracę w nich czucie, gdy jest nawet odrobina mrozu, a ja nie mam dobrych rękawic. Zębami naciągałem te skarpetki i z lekkim strachem patrzyłem na rozwiązaną sznurówkę. Nie miałem najmniejszych szans, by ją zawiązać. Przygryzałem palce, żeby sprawdzić, czy coś czują, i bałem się coraz bardziej.
Po jakimś kilometrze wyłożyłem się jak długi. Lewa sznurówka obwinęła się wokół pedałów i zwyczajnie ściągnęło mnie z roweru. Mocnym szarpnięciem udało mi się ją urwać i pojechaliśmy dalej. Zacząłem się bać. Morale miałem równe zeru. Obok jechała Ania i roztropnie się nie odzywała. Patrzyła tylko na mnie i wiedziała, że każde pytanie może spowodować eksplozję złości lub totalnego załamania. A ani na jedno, ani na drugie nie mieliśmy czasu. Trzeba było znaleźć jakiś dom, jakiś piec i dopiero wtedy oddać się słabościom i zacząć rozczulać nad własnym losem. A ja cały czas byłem na wakacjach. Przeżywałem podróż po pięknym Pamirze i przeklinałem swoje miękkie cztery litery. Jeszcze godzinę wcześniej, jakieś dwa kilometry przed przełęczą, spotkaliśmy dwóch chłopców, którzy wypasali jaki. Mieli na sobie jakieś stare ciuchy i w porywie braterskich uczuć oddaliśmy im po parze grubych skarpet. A teraz kląłem na swoje dobre serce i marznące nogi. Nie wiedziałem, że następnego dnia dostanę identyczną parę od polskiego motocyklisty. Taka karma. W Bulunkul meteorolog, u którego się zatrzymaliśmy, zabrał mnie do kuchni. Nawet nie pytał, czy jest mi zimno. Popatrzył i od razu wiedział. Żył w końcu w najzimniejszym miejscu Azji Środkowej i niejedno widział. Następnego rana wszystko było ścięte przymrozkiem. Był 27 sierpnia, bezchmurne niebo i przepięknie zielone trawy obielone szronem. Za oknem powinien leżeć właśnie śnieg. Dzieciaki lepią bałwana, a co bardziej uparci rowerzyści bawią się tym zimnem w najlepsze. Testują kolejną parę rękawic, cieszą się z pokonanej zaspy i popijają gorącą herbatę z termosu. Jest dobrze. Jest zimno, ale bezpiecznie. Jest styczeń i każdy wie, czego się spodziewać. W sierpniu bywa różnie. Zwłaszcza w obcych krajach.
Wszystkiego dobrego w nowym roku! Dalekich podróży, dziesiątek przygód i żadnych wpadek!

Robert Robb Maciąg – z wykształcenia nauczyciel, z pasji – rowerzysta, fotograf i autor trzech książek podróżniczych. Członek Kapituły Konkursu o Nagrodę „Rowertouru”.



Zdjęcie: Anna Maciąg