okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 1/2013 >> Tak wygląda nasza normalność

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> Ladakh, Kaszmir


Tak wygląda nasza normalność

Andrzej Brandt
Podjazd na przełęcz oznacza pokonanie wielokilometrowego ciągu agrafek. Tu akurat po świeżo wylanym asfalcie

Z hałaśliwego, brudnego i pogrążonego w latrynalnym chaosie Delhi, gdzie zaczęliśmy naszą podróż przez Indie, po trzech dniach wyrywa nas ogromny głód. Głód roweru, kilometrów i gór. Tęsknota za byciem w drodze okazuje się na tyle silna, że nie przeszkadza nam fakt, że trafiliśmy tu w czasie bardzo intensywnej końcówki pory deszczowej.

Jazda przez monsun to nieustanne rozbijanie zawieszonych w powietrzu mglistych zasłon, utkanych z sięgającej 98 procent wilgotności. Powietrze jest tak lepkie i ciężkie od nadmiaru wody, że nie sposób nawet próbować walczyć o kilka suchych nitek. Z myślą, że będziemy mokrzy, wstawaliśmy i kładliśmy się. Niespecjalnie nam to przeszkadzało. Na swój sposób cieszyliśmy się nawet tym klimatycznym przebiegunowaniem. Wszak jeszcze dwa tygodnie temu prażyliśmy się w rekordowym upale 43 stopni Celsjusza na tadżyckich rogatkach Pamiru („Jak się da, to się nie da” „Rowertour”, nr 10/2012). Wtedy skwar i suchota, dziś ledwie ciepło i mokro. Bardzo mokro.
To nie lada wyzwanie poruszanie się po indyjskich drogach, szybko się o tym przekonujemy. Istnym survivalem jest już sam wyjazd z dużego miasta. Nagromadzenie ciężarówek, motorów, samochodów jest tak duże, że droga staje się prawdziwą areną walki. Ruch uliczny z pozoru pozbawiony jest wszelkich zasad, co momentalnie stawia nas w pozycji najsłabszego ogniwa. Pokornie godzimy się na to, wlekąc się za ogromnymi kolorowymi ciężarówkami TATA (indyjskiego giganta przemysłu motoryzacyjnego), w tumanach kurzu i pyłu, zmieszanych ze spalinami. Dużą ulgę przynosi nam więc wyraźnie zmniejszający się ruch kilkadziesiąt kilometrów na północ od Chandigarhu.
Przedzieramy się przez setki kilometrów w błotnej zalewie. Leci z góry, dołu, boku, wieje. Niejednokrotnie źle się jedzie, no i nawierzchnia też pozostawia wiele do życzenia, serwując mozolne lawirowanie między koleinami, dziurami, strumyczkami, a wszystko w miękkim po opadach szutrze. Jedziemy do Reckong Peo – stolicy dystryktu Kinnaur, albo inaczej – doliny Kinnaur. Płynącą dnem tejże doliny rzeką Suetlej jedziemy już od trzech czy czterech dni.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Andrzej Brandt