okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 11/2012 >> Sześć różnych światów

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Wyspy Kanaryjskie


Sześć różnych światów

Błażej Szczypka
Klify oraz koloryt zmieniających się barw podczas zachodu słońca na północnej Teneryfie – dla takich chwil warto żyć!

45 stopni Celsjusza w cieniu, wiatr wiejący 80 kilometrów na godzinę, księżycowe krajobrazy, przejazd przez najwyższą górę Hiszpanii – wulkan Teide i noclegi pod rozgwieżdżonym niebem. Tego wszystkiego doświadczyłem podczas wyprawy po sześciu Wyspach Kanaryjskich.

Pomysł zrodził się po zakończeniu mojego pierwszego projektu „Rowerem przez Wielką Brytanię i Orkady 2011”. Wtedy też rozpocząłem przygotowywania do zmierzenia się z trudniejszym terenem. Wybór padł na Wyspy Kanaryjskie, które jak magnes przyciągają zawodowców, chcących trenować w trudnym klimacie i na sporych wysokościach – nie tylko bikerów, ale także biegaczy i triatlonistów.
Lądujemy w Casas de Guasimeta, maleńkim miasteczku blisko stolicy – Arrecife, a ja widzę idealnie czyste niebo oraz nagą, rozpaloną słońcem wyspę. Po skręceniu roweru na lotnisku i przytroczeniu ekwipunku ruszam na północ. Lanzarote przypomina planetę Mars, jej powierzchnia to zastygła lawa wulkaniczna, która miejscami przybiera czerwoną barwę. Nie ma tu lasów, a nieliczna zieleń jest nawadniana przez człowieka. Ziemia nie nadaje się tu do uprawy czegokolwiek, no może z wyjątkiem aloesu.
Pierwszy dzień na Lanzarote to również mój pierwszy raz, kiedy sam i na dodatek w obcym kraju śpię pod gołym niebem. Noc, jak zresztą każda kolejna, jest piękna, gwiaździsta, do tego trwa pełnia księżyca, która powoduje, że na tym pustym terenie dookoła wszystko widać jak na dłoni. Lanzarote i Fuerteventura (wyspa sąsiednia) cierpią na brak cienia, w którym można by odpocząć. Również niełatwo jest tu schować się na noc.
Następnego ranka kieruję się na południe wyspy, do portu Playa Blanca. Moja droga wiedzie przez wulkaniczny Park Narodowy Timanfaya, którego teren nazywany jest także Górami Ognia. Warunki do jazdy rowerem są trudniejsze, niż zakładałem. Niestety, łatwiej już nie będzie. Z powodu silnych podmuchów wiatru rower zachowuje się jak żagiel, muszę balansować ciałem, aby utrzymać równowagę. Czasem wieje przez kilkadziesiąt minut wprost na mnie i nie słabnie ani na chwilę.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Błażej Szczypka