okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 11/2012 >> 11/2012 >> Nie zawsze jest przyjaźnie

nowości

SPD klasycznie

Ci, którym nie w smak sportowe, plastikowe i ekstrawaganckie modele, znajdą w ofercie włoskiego producenta prawdziwą perełkę, jeśli... »

Minimalistyczny i dynamometryczny

Klucze dynamometryczne zwykle są na tyle duże, że nie da się ich zabrać ze sobą w podróż. Niemiecka marka Topeak znalazła jednak na to... »

Truskaweczka

Polska marka Martombike zaprezentowała w kolekcji na 2019 rok damską, bardzo dopasowaną koszulkę kolarską z delikatnym, ale wyraźnym... »

Elektroniczna dwunastka „Campy”

Campagnolo – włoski producent osprzętu do rowerów szosowych wprowadza w końcu elektroniczny wariant swojej topowej, 12-rzędowej... »

Siodełko dedykowane

Rozbawił mnie jeden z producentów siodełek rowerowych – znana i szanowana marka San Marco, która zaprezentowała siodełko... »

Panzerna wkładka

Na polskim rynku pojawiła się właśnie hiszpańska marka Panzer, specjalizująca się w produkcji elastycznych wkładek do opon. Produkt... »

poradniki

Świadoma jazda

Obok lampki i dzwonka to najczęściej montowany element na kierownicy roweru. Wskaże prędkość, przejechany dystans i niekiedy nawet drogę do... »

Jak efektywnie wykorzystać wspomaganie

Pamiętamy, jak to było, gdy uczyliśmy się jazdy na rowerze. Jedni wcześniej, inni później, ale wszyscy zaczynaliśmy z podobnymi... »

Na finiszu


Nie zawsze jest przyjaźnie

Robb Maciąg
 

Są takie miejsca, w których nas nie lubią. Za naszą wolność i niezależność. Za nasze przyzwyczajenie do wolności. Za nasz wiatr we włosach i chęć do rozmowy z innymi ludźmi. Za nasze odkrywanie miejsc ukrytych. Takim miejscem jest Tybet. Zamknięty przed oczami obcych. W Chinach, zresztą całych Chinach, nie wolno nam, obcym, podróżować własnym pojazdem. Nie wjedziemy tu ani samochodem, ani motocyklem. Chyba, że stać nas na wynajęcie przewodnika-strażnika, który zaplanuje nam trasę i nie odstąpi na krok.
Jakimś cudem na liście pojazdów nie ma roweru. I nas za to nie lubią. Po cichu pilnują. Niby nie przeszkadzają i nie zawracają, ale zawsze w granicach rozsądku.
Wystarczy zajechać do Quinghai, wschodniego Tybetu, a długa łapa chińskiej biurokracji już nas przytrzyma. Oczy wypatrzą, policja wywiezie.
Pewnego razu, właściwie to już pierwszego dnia po przekroczeniu granicy z prowincją Quinghai, w pierwszej wiosce, spotkaliśmy się z Głosem w telefonicznej słuchawce. Na dworze padał śnieg, hotelu dla turystów nie było i musieliśmy zatrzymać się w hoteliku „tylko dla Chińczyków”. Pani, która pilnowała pokoi, nie miała z tym problemu, ale najpierw musiała zadzwonić. Musiała zapytać Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Wyjaśnić sytuację i dostać pozwolenie. Podała nam słuchawkę, a Głos z drugiej strony zaczął na mnie krzyczeć. – Macie wyjechać. Wjechaliście do Quinghai nielegalnie. Nie możecie zostać w hotelu. Musicie wy-je-chać! A ja, przyzwyczajony do uprzejmości i rozpuszczony poczuciem wolności, zwyczajnie się rozłączyłem. Telefon zadzwonił jeszcze raz, ale po drugiej stronie grzmiał na mnie ten sam Głos. Znów się rozłączyłem. Kobieta pilnująca hoteliku zrobiła wielkie oczy i pokiwała tylko przecząco głową. Po kilku minutach przyjechał młody policjant. Podał mi swój telefon, w którym ktoś nowy spokojnie wytłumaczył mi to samo, co wykrzykiwał jego poprzednik. – Musicie wyjechać. Tu jest niebezpiecznie. – Ale jazda w padającym śniegu też jest niebezpieczna. Jest ślisko i zimno. Co powiedziałby rząd Chińskiej Republiki Ludowej, gdybym się wywrócił i złamał nogę? Przeciągałem strunę, bawiła mnie ta moja zarozumiałość i patrzenie na coraz większe oczy policjanta. Rozumiał, co mówię i wiedział, że wiem, z kim rozmawiam. Czułem się nieśmiertelny i pewny siebie. Nagle głos w słuchawce powiedział: – Ok. Podaj telefon policjantowi. Młody chłopak wysłuchał kilku słów, wyłączył telefon i wyjął z tylnej kieszeni „Rejestr cudzoziemców”, a w nim kilkanaście nazwisk i zdjęć naszych poprzedników. Nie byłem pierwszym, który postawił na swoim.
Kilkadziesiąt kilometrów dalej, za namową napotkanego policjanta ulokowaliśmy się w hoteliku. Po góra trzech minutach przed drzwiami stanęło pięciu funkcjonariuszy. Chcieli zobaczyć nasze paszporty, choć kilka minut wcześniej pomagali nam wnosić sakwy. Jeden z nich, jakby najważniejszy rangą, podał mi swój telefon, a tam kolejny Głos oznajmił mi przyjaźnie, ale bez szans na sprzeciw, że musimy opuścić wieś. Zostać nam w niej nie wolno, jest zbyt niebezpiecznie, taka jest polityka rządu Chin Ludowych. „Nie ma innej opcji” i „proszę ze mną nawet nie dyskutować”. Zapakowali nas do samochodu, a rowery na pierwszą nadjeżdżającą ciężarówkę i wywieźli 60 kilometrów dalej „do dużego hotelu dla turystów, w którym jest bezpiecznie”. Są takie miejsca, gdzie się nas boją. Za naszą wolność i niezależność.

Robert Robb Maciąg – z wykształcenia nauczyciel, z pasji – rowerzysta, fotograf i autor trzech książek podróżniczych. Wraz z żoną Anią – rowerzystką – przejechał dopiero kawałek świata. Na łamach „Rowertouru” publikuje od pierwszego numeru. Członek Kapituły Konkursu o Nagrodę „Rowertouru”.