okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

strona główna >> 11/2012 >> 11/2012 >> Pustynne piekiełko? Polecam

nowości

Domowe wyścigi

Pogoda tej wiosny nas nie rozpieszcza, więc jeśli nie lubicie moknąć na rowerowej wyprawie, w oczekiwaniu na piękną aurę można zająć się... »

Butelka wielofunkcyjna

Na jednej z platform służących do zbierania pieniędzy na realizację ciekawych projektów zaprezentowano interesujący projekt butelki.... »

Ciepło i wygodnie

Damska koszulka termiczna marki Bontrager została wykonana z miękkiej, elastycznej i lekkiej tkaniny Profila Thermal. Zamek sięga do połowy... »

Grafen w oponie?

Grafen to rewolucyjny materiał pochodzący z grafitu i wykazujący niesamowite właściwości. Jest to jednoatomowej grubości struktura cząstek... »

E-sakwa?

Ortlieb nie zamierza przegapić e-bike'owego szaleństwa, więc zaprezentował sakwę do rowerów elektrycznych! Na szczęście sakwa nie ma... »

Shimano do gravela

Japoński producent właśnie przygotowuje pierwszą partię osprzętu zupełnie nowej grupy. GRX została opracowana z myślą o rowerach... »

poradniki

Pod napięciem

Szmer elektrycznego silnika przenosi nas w zupełnie inny wymiar rowerowej przygody. Od teraz wszystko jest jakby inne. Podjazdy bardziej płaskie, a... »

Wyprawa numeru >> Desert & Mountain Challenge - Iran 2012


Pustynne piekiełko? Polecam

Łukasz Nitwiński
Próba pokonania odcinka piaskowo-żwirowego. Droga znika po paruset metrach

Pustynia solna Dasht-e-Lũt w południowo-wschodnim Iranie i górskie grzbiety przecinające pogranicze afgańskie to miejsca rzadko wybierane na samotne rowerowe włóczęgi. Hotelu ani turystów tu nie uświadczysz, języka angielskiego wśród mieszkańców również. Możesz za to liczyć na przemytników haszyszu oraz uzbrojonych w brody i karabiny kumpli z państw ościennych. MSZ i inne instytucje odradzają wszelkie poruszanie się po tym rejonie. Byłem, wróciłem i nie wiem dlaczego, ale ja – polecam.

Drugiego dnia wyprawy, o godzinie 17.15 dotarło do mnie, że nie dam rady. Tak wtedy pomyślałem. Byłem w miasteczku Shahdãd. Za mną wyjazd w spalinach z Kermanu i łagodny, ale 20-kilometrowy podjazd na przełęcz prowadzącą do zatopionej w górskiej dolinie wioski Sirch. To tu rozpoczął się długi i złowieszczy zjazd wśród niknącej zieleni, wprost w paszczę perskiej pustyni. W IV wieku p.n.e. jej piaski przyczyniły się do upadku imperium Aleksandra Wielkiego, uśmiercając znaczną część jego armii – jednym słowem, miło raczej nie będzie. Jadę cały czas w dół i kładę się na kierownicy. Gdy prędkość dobija do 67 km/h, a rower wpada w drgania, naciskam klamkę tarczowego hamulca. W samą porę, okazuje się, że miałem obluzowane przednie koło.
W Shahdãd pojawiłem się przed południem, ale upał nie pozwalał już myśleć o czymkolwiek innym niż o pomieszczeniu z wentylatorem i wiadrze zimnej wody. Pierwsze zafundowali mi żołnierze, a drugie policjanci. Pomimo ramadanu (do zachodu słońca obowiązuje post) udaje mi się coś zjeść – dostaję misę ryżu z rozwodnionym jogurtem. Wszyscy zgromadzeni wokół mnie są o suchym pysku i żołądku, a ja pałaszuję obiad jak szalony. Trochę głupio, ale jakoś sobie z tym radzę. Krótka drzemka. Patrzę na zegarek, jest 16.15, upał pewnie zelżał i można ruszać, zerkam na wentylator, wstaję i wychodzę.
Jestem na środku drogi, mrużąc oczy wpatruję się w falującą jak na rożnie linię horyzontu. Pusta przestrzeń mami i otacza mnie jednocześnie. Chciałbym się tym zachwycić, ale wiatr, z którym się zmagam zaledwie od kilkunastu minut, nie pozwala skupić się na niczym innym poza pedałowaniem.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Łukasz Nitwiński