okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 11/2012 >> 11/2012 >> Pustynne piekiełko? Polecam

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Wyprawa numeru >> Desert & Mountain Challenge - Iran 2012


Pustynne piekiełko? Polecam

Łukasz Nitwiński
Próba pokonania odcinka piaskowo-żwirowego. Droga znika po paruset metrach

Pustynia solna Dasht-e-Lũt w południowo-wschodnim Iranie i górskie grzbiety przecinające pogranicze afgańskie to miejsca rzadko wybierane na samotne rowerowe włóczęgi. Hotelu ani turystów tu nie uświadczysz, języka angielskiego wśród mieszkańców również. Możesz za to liczyć na przemytników haszyszu oraz uzbrojonych w brody i karabiny kumpli z państw ościennych. MSZ i inne instytucje odradzają wszelkie poruszanie się po tym rejonie. Byłem, wróciłem i nie wiem dlaczego, ale ja – polecam.

Drugiego dnia wyprawy, o godzinie 17.15 dotarło do mnie, że nie dam rady. Tak wtedy pomyślałem. Byłem w miasteczku Shahdãd. Za mną wyjazd w spalinach z Kermanu i łagodny, ale 20-kilometrowy podjazd na przełęcz prowadzącą do zatopionej w górskiej dolinie wioski Sirch. To tu rozpoczął się długi i złowieszczy zjazd wśród niknącej zieleni, wprost w paszczę perskiej pustyni. W IV wieku p.n.e. jej piaski przyczyniły się do upadku imperium Aleksandra Wielkiego, uśmiercając znaczną część jego armii – jednym słowem, miło raczej nie będzie. Jadę cały czas w dół i kładę się na kierownicy. Gdy prędkość dobija do 67 km/h, a rower wpada w drgania, naciskam klamkę tarczowego hamulca. W samą porę, okazuje się, że miałem obluzowane przednie koło.
W Shahdãd pojawiłem się przed południem, ale upał nie pozwalał już myśleć o czymkolwiek innym niż o pomieszczeniu z wentylatorem i wiadrze zimnej wody. Pierwsze zafundowali mi żołnierze, a drugie policjanci. Pomimo ramadanu (do zachodu słońca obowiązuje post) udaje mi się coś zjeść – dostaję misę ryżu z rozwodnionym jogurtem. Wszyscy zgromadzeni wokół mnie są o suchym pysku i żołądku, a ja pałaszuję obiad jak szalony. Trochę głupio, ale jakoś sobie z tym radzę. Krótka drzemka. Patrzę na zegarek, jest 16.15, upał pewnie zelżał i można ruszać, zerkam na wentylator, wstaję i wychodzę.
Jestem na środku drogi, mrużąc oczy wpatruję się w falującą jak na rożnie linię horyzontu. Pusta przestrzeń mami i otacza mnie jednocześnie. Chciałbym się tym zachwycić, ale wiatr, z którym się zmagam zaledwie od kilkunastu minut, nie pozwala skupić się na niczym innym poza pedałowaniem.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Łukasz Nitwiński