okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 6/2008 >> 6/2008 >> W Kraju Długiej Białej Chmury

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Wyprawa numeru >> Nowa Zelandia


W Kraju Długiej Białej Chmury

Artur Hałagan
Droga prowadząca na lodowiec Franciszka Józefa

Gdy chodziłem do szkoły podstawowej, na biurku miałem globus, w który potrafiłem się gapić godzinami. Mój wzrok zawsze wędrował ku małemu skrawkowi lądu leżącemu tuż pod Australią. Marzyłem wtedy, że kiedyś się tam wybiorę. Jeżdżąc po pagórkowatej okolicy na moim zielonym składaku Wigry 3, wyobrażałem więc sobie, że pedałuję przez Nową Zelandię.

Minęło jednak wiele długich lat, zanim w lutym tego roku wsiadłem do samolotu w Warszawie i leciałem przez Londyn, Singapur, Sydney, by wylądować na wymarzonej Wyspie Południowej w Christchurch (Nowa Zelandia to państwo wyspiarskie
– obejmuje wyspy: Południową i Północną, rozdzielone Cieśniną Cooka, oraz szereg mniejszych wysepek).
Kraj Długiej Białej Chmury (jak w języku maoryskim nazywa się Nową Zelandię) przywitał mnie piękną, słoneczną pogodą i temperaturą 25 stopni Celsjusza. Po szczegółowej kontroli bagażowej (sprawdzeniu, czy nie przewożę żadnych owoców, nasion, kontroli opon w rowerze) do przeglądu musiałem oddać także namiot, w którym dokładnie sprawdzono podłogę oraz szpilki. Nowozelandzkie prawo, zakazujące przewozu żywności, nasion, owoców itp., jest bardzo surowe, a kary wysokie.

Ruch lewostronny i siodełko ze śmietnika
Po złożeniu roweru i zapięciu przyczepki ruszam do miasta w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Pierwszy kontakt z ruchem lewostronnym jest dla mnie małym szokiem, więc na wszelki wypadek postanawiam do centrum jechać chodnikiem, bacznie przypatrując się tutejszym zasadom.
Zaopatrzony w prowiant i butlę z gazem, na trasę wyruszam kolejnego dnia, około godziny ósmej, kierując się drogą nr 73 w kierunku przełęczy Arthur’s Pass, gdzie zamierzam przeciąć w poprzek pasmo Alp Nowozelandzkich. Wyjazd z miasta jest bardzo przyjemny. Do samych jego granic jadę komfortową ścieżką rowerową. Już pierwszego dnia odczuwam na sobie siłę tutejszego słońca, które potrafi grzać – trzeba używać mocnych kremów, aby nie zostać poparzonym.
Drugiego dnia wyprawy zaczęły się prawdziwe góry. Wdrapuję się też na pierwszą po drodze przełęcz. Do Burker Pass jest „zaledwie” 900 metrów, ale wjazd, a raczej wejście daje mi ostro popalić. Praktycznie od samego początku pcham rower, sapiąc przy tym jak ciężarówki, które mijają mnie w żółwim tempie. Przed wyprawą praktycznie nie trenowałem i teraz ponoszę tego konsekwencje. Krajobraz zmienia się też bardzo szybko.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”



Zdjęcie: Artur Hałagan