okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 6/2008 >> 6/2008 >> Rowerowy IPN

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Luz na korbach


Rowerowy IPN

Marek Zgaiński

Nie będzie to tekst o kolaboracji rowerów z byłym systemem, chociaż zdolni historycy Instytutu Pamięci Narodowej pewnie jakieś teczki by wygrzebali. IPN to Indywidualny Poziom Niemożności. I dotyczy wszystkich rowerzystów, no, może z wyjątkiem tych, którzy „robią wyniki” albo kręcą kilometry, chociaż dla nich IPN to poprzeczka, którą trzeba ciągle podnosić. Normalny rowerowy turysta ma inne aspiracje: coś zobaczyć, coś przeżyć, zachwycić się albo zadumać. I do tego właśnie potrzebne jest określenie Indywidualnego Poziomu Niemożności. Mówiąc najprościej, to granica stanu zwanego potocznie padaniem na pysk, poza którą nic już nie wzbudza ani ciekawości, ani zachwytu, a przeżywa się jedynie ból i absolutną odrazę do roweru.
Jeżdżąc ostatnio po górach, a nie jestem – o czym wspominałem we wcześniejszych felietonach – weteranem podjazdów, przez pierwszych 30 kilometrów wszystko mnie zachwycało i, metafizycznie rzecz ujmując, czułem całkowitą jedność z krajobrazem. Wyłaniające się zza kolejnej górki miasteczka, zamki i rozłożyste polany cieszyły oczy i rozjaśniały myśli, pompując do mózgu endorfiny. Jakie to szczęście, że tutaj jestem! Niestety, po następnych 20 kilometrach miałem tak dość wszystkiego, że podjazd do ruin średniowiecznego, pięknego i romantycznego zamku wydał mi się katorgą, a rower galerą. Patrzyłem na ten cud architektury i wyzwalał on we mnie najgorsze emocje. Po jaką cholerę pcham się tam trzy kilometry pod górkę? Dla jakiejś kupy kamieni zarośniętej zielskiem?
Właśnie przekroczyłem Indywidualny Poziom Niemożności. Niestety, przeliczyłem się z siłami. Źle wybrałem trasę pod kątem swoich możliwości fizycznych i jedyna myśl, jaka siedziała mi w głowie, gdy wracałem, to żeby jak najszybciej zsiąść z roweru. No to po co wsiadać, gdy z wyprawy ma się przywieźć tylko takie wrażenia? Dlatego polecam wszystkim wyznaczenie swojego IPN.
Robi się to w prosty sposób. Trzeba wybrać coś, co nas zachwyca bezapelacyjnie, jakiś wiersz, piosenkę, obraz. Przystosować to do transportu rowerem, co w dobie cyfryzacji wszystkiego nie powinno sprawić problemu i zabrać ze sobą na jazdę testową. Pedałujemy kilka kilometrów, zatrzymujemy się i na przykład czytamy wierszyk. Jak nas zachwyca, jedziemy dalej i znowu postój i lektura, aż do momentu, w którym piękno strof poety będzie całkowicie obojętne. Notujemy stan licznika i to właśnie jest nasz Indywidualny Poziom Niemożności. Jest to, oczywiście, wartość orientacyjna, ale daje nam jako takie pojęcie, jak planować rowerowe wycieczki, żeby były czystą przyjemnością.