okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 10/2012 >> 10/2012 >> Jak się da, to się nie da

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> Uzbekistan i Tadżykistan


Jak się da, to się nie da

Andrzej Brandt
Zaciekawione spojrzenia mieszkańców towarzyszyły nam przez cały pobyt w Uzbekistanie i Tadżykistanie

Dżdży, tak jak wczoraj, przedwczoraj, trzy dni temu, w sumie to od samego początku naszej podróży. Przed południem zacznie lać, chmury zejdą niżej, zrobi się chłodniej. Do wieczora nic się nie zmieni, no może poza tym, że gęsta mgła ograniczy widoczność do jakichś 20 metrów. Niezmiennie więc jesteśmy przemoczeni do suchej nitki.

Czy to pot leje się po skroniach, czy po prostu sięgająca 99 procent wilgotność – to nie ma znaczenia. Adorujemy krótkie momenty, gdy gęsta czapa chmur zawiesza się ponad dolinami, odsłaniając tropikalną zieleń stromych zboczy z akrobatycznie zawieszonymi wioskami. To Indie w epicentrum monsunu i jedno pytanie – co my tu, do diabła, robimy? Bo nie powinniśmy tu być. Nie teraz, nie w tym miejscu, nie od tej strony, no nie tak to wszystko powinno wyglądać. Pierwszy miesiąc wyprawy był dla nas bezwzględny, prowadząc ostatecznie do tego, że sen o Pamirze i Karakorum
prysnął szybciej i boleśniej, niż przemawiały za tym najgorsze scenariusze. Ale zacznijmy od początku. Bazowym celem naszej czteromiesięcznej wyprawy rowerowej, którą rozpoczęliśmy w lipcu, jest przejazd przez trzy największe pasma górskie świata: Himalaje, Karakorum i Pamir. Ich stosunkowo bliskie sąsiedztwo w centralnej Azji pozwala na zorganizowanie takiego przejazdu w stosunkowo krótkim czasie. Jedna tylko kwestia stoi na przeszkodzie – granice państw. Obszar ten od setek lat jest przedmiotem sporów terytorialnych, wojen, konfliktów, dyplomatycznych roszad i tysięcy kilometrów dyskusyjnie przeprowadzonych granic. Zakładane siedem tysięcy kilometrów naszej wyprawy prowadzi przez aż siedem krajów! Do każdego kraju, rzecz jasna, wymagana jest wiza. Oprócz niej szereg mniej lub bardziej uciążliwych do zdobycia permitów (pozwoleń). Wszystko to wymaga czasu, pieniędzy, cierpliwości, poświęceń bez jakiejkolwiek gwarancji ostatecznego powodzenia. Doświadczyliśmy tego bardzo dosadnie, choć pierwsze kilkaset kilometrów nie zapowiadało fatalnego finału. Uzbekistan. W Taszkiencie lądujemy razem z całymi rowerami i bagażem, co już cieszy.
 



Zdjęcie: Andrzej Brandt