okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 9/2012 >> 9/2012 >> Z tatą na igrzyska

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Wyprawa numeru >> ze Szczecina do Londynu


Z tatą na igrzyska

Marek i Mateusz Miłoszewscy
Reprezentacyjna droga w centrum Londynu – The Mall. To tu rywalizowali najszybsi kolarze świata

W pięć lat objechaliśmy Polskę dookoła. Wtedy naturalnie pojawiło się pytanie: „co dalej?”. Wybór celu ułatwił kalendarz – 2012 rok to igrzyska olimpijskie. Nie było wątpliwości, jedziemy do Londynu kibicować naszym sportowcom!

Pierwsze problemy pojawiły się na długo przed startem. Nie mieliśmy szczęścia w losowaniu i nie udało nam się kupić biletów na żadne zawody. Potem było jeszcze kilka prób zakupów w dogrywkach i zawsze kończyło się to komunikatem: „serwer zbyt obciążony, spróbuj później”. Ale później biletów już nie było. Pozostała nam więc kolarska indywidualna jazda na czas, którą można oglądać na ulicy.
To pierwsza nasza podróż, w trakcie której musimy trzymać się limitu czasu. Zawody odbywają się konkretnego dnia, a sportowcy nie będą na nas czekać. Trochę obawiamy się, jak to będzie. Czy dystanse dzienne, które sobie założyliśmy, nie są zbyt długie? Czy damy radę?
W samo południe przed naszym domem stoi kilkunastu fotoreporterów. Mateusz rzuca pod nosem, czy nie przesadziliśmy z szumem medialnym wokół tej wyprawy. Po serii zdjęć i ostatnich wywiadach ruszamy. Wreszcie się zaczyna!
Prognoza pogody, niestety, sprawdza się i zaczyna padać już kilka minut po starcie. Ale ten pierwszy deszcz nie jest taki straszny i nawet nie wyjmujemy kurtek. Za to już na dziesiątym kilometrze musimy zatrzymać się na przystanku. Przez pierwsze trzy dni właśnie przystanki autobusowe będą naszymi najlepszymi przyjaciółmi. Po 13 kilometrach żartujemy, że to już jeden procent. Zostało tylko 99 razy tyle. Chwilę później wjeżdżamy do Niemiec.
Mijamy kościół w Weggun, przed którym widzimy ogłoszenie, że świątynia jest... otwarta. Wchodzimy, żeby sprawdzić, co jest przyczyną takiej dziwnej informacji. W przedsionku widzimy stół, na nim karafkę z wodą, szklanki i wskazówkę dla gości, gdzie odstawić użyte naczynia. Zaczyna właśnie znowu padać, więc ochoczo korzystamy z tego nietypowego zaproszenia. Przed wyruszeniem próbujemy znaleźć kogoś, by podziękować. Wioska jest jednak pusta, więc nie pozostaje nam nic innego jak tylko wpis do księgi pamiątkowej.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Marek i Mateusz Miłoszewscy