okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 9/2012 >> 9/2012 >> Wooooody! Daj mi woooooody!

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> Etiopia


Wooooody! Daj mi woooooody!

Michał Sałaban
Południe Etiopii, wkraczamy na sawannę

Od początku wiedziałem, że jadąc tam, pcham głowę w paszczę lwa.
Zła sława Etiopii, jako kraju wyjątkowo nieprzyjaznego rowerzystom, była na czele listy problemów, które mogą mnie spotkać na trasie wyprawy. Każda relacja z rowerowej podróży przedstawiała Etiopczyków jako mistrzów dwóch dyscyplin: żebrania maratońskiego i miotania kamieni do ruchomych celów.


Z ulgą więc dowiedziałem się, że nie będę pedałował sam. Z racji tego, że trwająca w państwach arabskich rewolucyjna zawierucha wypłoszyła turystów, ci nieliczni, którzy pozostali, byli spragnieni wzajemnego kontaktu i łatwo nawiązywali znajomości. Tak to właśnie z opowieści pewnego Belga, objuczonego ogromnym plecakiem, dowiedziałem się, że niedaleko za mną jedzie rowerem Alex z Niemiec. W czasach internetu nawiązanie bezpośredniego kontaktu okazało się proste, nawet na sudańskiej pustyni. Podczas krótkiego spotkania w Chartumie, kiedy opuszczałem miasto, a on dopiero doń wjeżdżał, umówiliśmy się na połączenie sił jeszcze przed granicą.
Z Alexem spotykamy się w Gedaref, ostatnim sudańskim miasteczku przed Wyżyną Abisyńską. Choć jesteśmy wycieńczeni przeprawą przez piekielnie gorący i ubogi w wodę wschodni Sudan, perspektywa zimnego piwa za granicą dodaje nam sił. Nie tylko obecność złocistego napoju ma być nowością (w muzułmańskim Sudanie obowiązuje prohibicja). Inne będą też język, religia, kultura... Ogólnie rzecz ujmując, przekroczenie linii dzielącej te dwa kraje będzie jak wyprawa na inną planetę.
„Papierkologię” po obu stronach załatwiamy niespodziewanie szybko i sprawnie, po czym równie prędko ewakuujemy się z granicznej wioski. Takie osady rzadko mają coś do zaoferowania poza okazjami do utraty pieniędzy na rzecz zawodowych cwaniaków.
Wyjeżdżamy tak szybko, że... zapominamy nabrać wody. Dopiero 30 kilometrów i kilkadziesiąt pagórków dalej znajdujemy sklepik z napojami. Zaczynamy od małego piwa, które kompletnie pozbawia nas sił. Kapitulujemy więc szybko i zajeżdżamy do najbliższego taniego hotelu, by porzucić pojazdy i eksplorować okolicę piechotą. Po złocistym napoju pora na kolejny lokalny specjał. Indżera, cienki placek z wyglądu przypominający brudny naleśnik.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Michał Sałaban