okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 9/2012 >> 9/2012 >> Kto nie jeździ z sakwami, ten nie wie, jak to jest…

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


Kto nie jeździ z sakwami, ten nie wie, jak to jest…

Robb Maciąg
 

Iran. Park Narodowy Bakhtegan. Dookoła tylko wypalone sierpniowym słońce beże, zalegająca sól i wiatr. Na szczęście z boku. Mogło być gorzej. Zawsze może być gorzej. Podjazd był długi i bardzo ostry. Najpierw był idealnie płaski kawałek pustyni i nagle przed nami wyrosły góry. I ukryta gdzieś przełęcz. Zostawiliśmy za sobą równinę, kilka trąb powietrznych i nagle, bez ostrzeżenia i okresu przejściowego, ruszyliśmy serpentynami do góry. Raz, dwa. Ledwo rozkręciliśmy się, a zrównał się z nami stary peugeot i kierowca, który machał do nas jednoznacznie. Chciał, abyśmy się zatrzymali na podjeździe.
Od razu widać, że całe życie spędził w samochodzie. Zwyczajnie go zignorowaliśmy, a on, chyba w swojej niewinnej naiwności, tego nie zrozumiał i ciągle machał. Nagle nie wytrzymał i zajechał nam drogę. Stop. Nie dało się go wyminąć, bo nie dość, że na liczniku ledwo 5 km/godz., to on w mgnieniu oka był już przy nas. I uśmiechał się beztrosko, pomrukując: – Welcome to Iran, welcome to Iran! Trudno. Nie pierwszy to już raz.
Po tradycyjnym kto – skąd – dokąd otworzył szeroko bagażnik i obdarował nas jabłkami i reklamówką pełną pistacji. Gdyby w domu ktoś podarował nam tyle pistacji, pewnie tygodniami skakalibyśmy z radości, a tak, na podjeździe? Myśleliśmy tylko o tych trzech dodatkowych kilogramach, które oczywiście (!) wylądowały na moim bagażniku. Trudno. Podjazd – podjazdem, gościnność – gościnnością, ale to były świeże pistacje. Kto by odmówił?
OK. Znowu trzeba było wziąć się za ten podjazd. Znowu złapać rytm. Ale najpierw trzeba było dać się obdarować wielkim melonem! Tym razem od jakiejś młodej pary, która chyba chciała się go pozbyć. Nie dość, że miała ich kilka, to jeszcze jej motorek z trudem wspinał się pod górę. – Take, Mister, take. Tylko pięć minut do przełęczy. Tak, pięć minut. Twoich czy moich? I tak melon wylądował pod gumą na mojej tylnej sakwie. Kto nigdy nie jeździł z sakwami, ten tego nie zrozumie.
Na przełęczy czekała już na nas kontrola policyjna. Ponoć dookoła wilki, psy pasterskie, nawet jacyś bandyci, a tu już zachodzi słońce i mamy wracać do wsi na dole podjazdu. – Pan raczy żartować, prawda? Nie, pan nie raczy żartować. Uśmiechnęliśmy się tylko do niego, zrobiliśmy sobie razem zdjęcie i odważnie pojechaliśmy w paszczę wilków, psów i bandytów. Nie było innej opcji. Melon po kolacji smakował wybornie. Pistacje też. Spaliśmy twardo. Wilki nas nie zjadły. Psy też nie. Nie wspomnę o bandytach.
Po śniadaniu wciąż wspinaliśmy się w górę. Tyle na temat „pięciu minut do przełęczy”. Kto nie jeździł z sakwami, ten nie wie, jak to jest. Nie wie, jak bardzo wydłużają się kilometry. Zwłaszcza te pod górę.
Na samym dole szalonego zjazdu, na który sobie ostatecznie zasłużyliśmy, stał policyjny mercedes. Wysiadł z niego oficer w wieku już niedługo emerytalnym i zwyczajnie, zwykłym machnięciem ręki nas zatrzymał. Poprosił o paszporty i zaprosił na herbatę. Chciał pogadać. Odbierając nam radość ze zjazdu. Chciał być miły. Chciał być życzliwy.
Kto nigdy nie jeździł z sakwami, ten nie wie, jak to jest.
PS. Następnego dnia wyprzedził nas ten sam peugeot. Znów dostaliśmy jabłka i kolejną reklamówkę pistacji. Na dokładkę dostaliśmy jeszcze wizytówkę i zaproszenie do domu. Na obiad, kąpiel i dostęp do pralki.

Robert Robb Maciąg – z wykształcenia nauczyciel, z pasji – rowerzysta, fotograf i autor książek podróżniczych. Na łamach „Rowertouru” publikuje od pierwszego numeru. Członek Kapituły Konkursu o Nagrodę „Rowertouru”.



Zdjęcie: Anna Maciąg