okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 8/2012 >> Siodła na koń i w drogę

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Węgry


Siodła na koń i w drogę

Ewa Czyżewska
Budapeszt – plac Bohaterów

O Węgrzech słyszałyśmy tylko tyle, że to kraj, w którym turystyka rowerowa jest dość popularną formą aktywnego wypoczynku. Łączna długość tras, wliczając odcinki biegnące lasami, polnymi dróżkami oraz groblami, wynosi około 2 500 kilometrów. Brzmi nieźle… Postanowiłyśmy sprawdzić to na własnej skórze.

Czekamy z siostrą na dworcu Warszawa Wschodnia. Za chwilę wjedzie pociąg do Budapesztu. Dwa miesiące szukania możliwości przewiezienia rowerów na południe Europy zakończyło się nerwowym wyczekiwaniem na to, czy kierownik pociągu zgodzi się zabrać nas z bagażem, czy też odmówi. Negocjacje i po dziesięciu minutach przypinam nasze rowery do drzwi nieopodal toalety. Wyprawę uznajemy za rozpoczętą. Kierunek Budapeszt.
Wysiadamy z rowerami na Dworcu Głównym w Budapeszcie. Po kilkunastu godzinach podróż kończy się trzema mandatami i jedną łapówką wręczoną kierownikowi pociągu. Oczywiście wszystko za nielegalny przewóz rowerów w pociągu międzynarodowym. Nikt nie kazał wysiadać, ale wszystkim trzeba było płacić. Jesteśmy biedniejsze o kilka euro, ale zawsze to i tak taniej, niż gdybyśmy zdecydowały się na przelot samolotem.
– Podobno Budapeszt to jedna z piękniejszych stolic w Europie – rzuciła do mnie siostra, kiedy z uporem znosiłyśmy rowery po schodach. Stolica Węgier powstała z połączenia trzech miast: Budy i Óbudy na prawym brzegu Dunaju oraz Pesztu – po jego lewej stronie. Wychylamy się zza drzwi dworca. Pierwszy rzut oka na miasto. Tu wykop, tam wykop, głośno i okrutnie tłoczno, a przecież to dopiero poranek. Kupując kawę, pytamy pani w okienku, z czego słynie miasto. W odpowiedzi słyszymy, że z idealnie zorganizowanej komunikacji miejskiej (tego niestety nie będziemy miały okazji sprawdzić), z pomników lwów (jest ich kilkanaście, w różnych miejscach, różnej wielkości i w odmiennych stylach). Na koniec dorzuca jeszcze podziemne źródła i termy, gdzie zażyć można kąpieli leczniczych, termalnych lub błotnych.
Po kilkunastu minutach przepychania się pomiędzy samochodami i pieszymi docieramy nad brzeg Dunaju. Wjeżdżamy na Most Wolności, zwany dziś nieoficjalnie mostem samobójców. Na jego górze znajdują się mityczne ptaki Turule, będące symbolem Węgier.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Ewa Czyżewska