okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 8/2012 >> 8/2012 >> Nie taki diabeł straszny

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> Tasmania


Nie taki diabeł straszny

Adam Wiśniewski
Cape Bernier Nature Reserve

Po przeszło czterech tygodniach pedałowania po Nowej Zelandii lądujemy w Hobart na Tasmanii. Ostatnie dni na wyspach kiwi dały nam się mocno we znaki. Deszcz, wiatr i temperatury spadające do 10 stopni w ciągu dnia. Ale jesteśmy już w Australii, a konkretnie w najmniejszym wyspiarskim stanie tego kraju, kojarzącego się ze słońcem i złotymi plażami.

Decydujemy się ruszyć wschodnim wybrzeżem. Chcemy odpocząć od stromych podjazdów i spędzić trochę czasu blisko morza. Siedząc w niedzielne popołudnie w jednej z portowych knajpek Hobart, czujemy niezwykły spokój i harmonię, jakie biją z tego położonego najbardziej na południu miasta całego kontynentu australijskiego. Stare, murowane domy jeszcze z początków XIX wieku (Hobart jest drugim po Sydney najstarszym miastem Australii), przeplatają się z zabudowaniami z końca następnego wieku. Ma się wrażenie, że od lat nikt tutaj niczego nowego nie postawił, nie zaburzając tym samym harmonii miasta nowoczesnymi plastikowo-szklanymi plombami. Z rowerami u boku przechadzamy się po sąsiadującej z centrum willowej dzielnicy i przenosimy w czasy, kiedy do portu w Hobart przypływały żaglowce z dalekiej Europy, przywożąc nie tylko kolejnych jeńców, ale też europejską modę. Bogato wykończone domy w angielskim stylu wciąż sąsiadują z niewielkimi willami, gdzie malowniczo zdobione werandy wkomponowują się w klimat dzisiejszych czasów. Miejskie elektryczne skrzynki, malowane przez mieszkańców w przeróżne wzory, nadają dodatkowego uroku temu miejscu. Naprawdę chciałoby się tu zamieszkać. Z takim właśnie przekonaniem siadamy w jednej z knajpek, zajadamy smażone ryby, pijemy białe wino, a chłodzi nas delikatna bryza morskiego powietrza.
Niewielka zatoka kilkadziesiąt kilometrów na zachód od miasta odsłania nam jedynie niewielki fragment Mount Wellington – góry, pod którą leży stolica. Stojące na środku jachty odwróciły się swoimi dziobami na wschód, ulegając odchodzącemu odpływowi. Wszędzie dookoła niewielkie dacze i wille, i ani jednego skrawka wolnej przestrzeni, gdzie moglibyśmy rozstawić nasze namioty.
Na szczęście dla nas pas ziemi przy wodzie należy do każdego, wystarczy znaleźć kawałek płaskiego terenu.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Adam Wiśniewski