okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 5/2008 >> Tu słonie głaszcze się na szczęście

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Sri Lanka


Tu słonie głaszcze się na szczęście

Lucyna Czajkowska
Wymiana dętki to atrakcja dla ciekawskich

Mieliśmy pojechać do Indii. Niestety, Igora uszczęśliwiono tylko trzytygodniowym urlopem, więc szukaliśmy alternatywy. Mój mąż stwierdził, że Sri Lanka to takie „cywilizowane Indie”. No to Sri Lanka!
– powiedziałam. Już po tygodniowym pobycie cieszyłam się, że Igor dostał tak mało urlopu. Jeśli Sri Lanka to cywilizowane Indie, to te prawdziwe nie zobaczą mnie przez najbliższe pięć lat!


W Kolombo zmęczeni lotem czekamy na bagaże. Zaczynam się denerwować – brakuje roweru Igora. Na każdy wyjazd mamy pełen pakiet ubezpieczeń: zdrowotne, wypadkowe, OC, od kradzieży sprzętu sportowego i fotograficznego. Tym razem jednak odpuściłam sobie ubezpieczenie od kradzieży – nigdy nic się nie stało. Aż do dzisiaj! Załatwiamy formalności w biurze bagażowym i bierzemy taksówkę do Hotelu Sansu, położonego niedaleko centrum Kolombo.
Hotelik ma restaurację na dachu, my dostajemy skromny, ale klimatyzowany pokój. Tego dnia rower nie dociera. Płacimy za jeszcze jedną noc i czekamy. W ciągu dnia zwiedzamy Kolombo. Zatrzymuje nas miejscowy i pyta, jak długo jesteśmy na Cejlonie i czy pierwszy raz. Potem mówi o jakimś festiwalu, który koniecznie musimy zobaczyć. Bierzemy więc tuktuka (motorikszę, których są tu tysiące) i jedziemy. Błąd pierwszy: nie ustalamy ceny. W świątyni próżno szukać festiwalu, ale jest za to święty słoń. Potem jeszcze kawałek tym samym tuktukiem do pobliskiego parku. Tuktuksiarz żąda 4000 rupii lankijskich. Oszalał! Dajemy mu 2000 rupii.
Wieczorem humory siadają nam zupełnie. Rozważamy różne scenariusze: kupno roweru lub zostawienie części bagażu rowerowego w hotelu, kupienie dużego plecaka i podróż autobusami. Pierwszy wariant odpada, ponieważ mocowanie przyczepki było zapakowane w zaginionej torbie. Igor – dolina, ja – niekoniecznie. Tłumaczę sobie, że może to i dobrze, że nie ma jednego roweru, bo przy tym chaosie na drodze lepiej jeździć autobusami…
Następnego dnia – news. Rower się znalazł – w Warszawie, ale leci do nas! I dolatuje. Wyjeżdżamy po południu taksówką. Na rowery wsiadamy około 30 kilometrów za Kolombo.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”



Zdjęcie: Lucyna i Igor Czajkowscy