okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 7/2012 >> Na złość niepogodzie

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Wielka Brytania


Na złość niepogodzie

Mateusz Szabłowski
Twierdza Caernarfon, jedna z najsłynniejszych walijskich fortec

Jazda rowerem nie miała być celem samym w sobie. Na dwóch kołach chcieliśmy zdobyć najwyższe szczyty wysp, wielkie zamki i fortece, spojrzeć w oczy potworowi z Loch Ness. Tak narodził się pomysł naszej wyprawy rowerowej „Wyspy Brytyjskie 2012”, czyli przez Anglię, Walię i Szkocję.

15 kwietnia 2012 roku. Ta data wyznacza początek naszej wspólnej podróży z Piotrem. Budzik włącza się punktualnie o godzinie czwartej. Jem pożywne śniadanie, czyli jajka i parówki. Przeżuwam ostatnie kęsy, gdy Piotrek woła, że za pięć minut będzie taksówka. Zbiegamy na dół z bagażami. Taksówkarz już czeka, więc w pośpiechu pakujemy nasz ekwipunek.
Po dotarciu na dworzec PKP w Jeleniej Górze okazuje się, że mój towarzysz zapomniał części bagażu. Wraca do domu, a ja staram się przenieść sprzęt na peron. Nie jest to łatwe, bo w pojedynkę ciężko się transportuje dwa rowery i cztery sakwy. Całe szczęście, że o godzinie 5.40 odjeżdżamy pociągiem do Legnicy, skąd ma nas zabrać bus. Niestety, mimo ustalonej godziny odjazdu, przewoźnik spóźnia się prawie trzy godziny. Ale cóż zrobić? Dzielnie czekamy. Nareszcie nadjeżdża, pojawiają się kolejne problemy. Nie ma miejsca na nasze rowery. Skutek jest taki, że jeden z wielkich kartonów, konkretnie mój, zostaje umieszczony razem z pasażerami. Budzi to, delikatnie mówiąc, ogólne niezadowolenie współtowarzyszy podróży, głównie rodziny Cyganów oraz pewnego starszego pana, który dosadnie wyraża swoje oburzenie z powodu ograniczenia powierzchni w busie. Sytuacja zmienia się na szczęście przy granicy polsko-niemieckiej, gdzie spotykamy się z drugim pojazdem i następuje przeładunek. Kierowcy dokładają wszelkich starań, żeby upchnąć wszystkie nasze bagaże, marudząc pod nosem na temat ich gabarytów. Po kolejnej przerwie i my wsiadamy do autobusu, w którym już jedzie nasz dobytek, i udajemy się w dalszą podróż. Oby dalej, oby ta przeprawa już się skończyła, abyśmy wreszcie mogli wsiąść na rowery.
Po kilkunastu godzinach podróży, następnego dnia rano wita nas Hatfield, miejscowość położona 15 mil od Londynu, oficjalne miejsce startu naszej wyprawy.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Piotr Jędrzejak