okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 7/2012 >> 7/2012 >> Kaukaz mnie odmienił

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Wyprawa numeru >> Armenia


Kaukaz mnie odmienił

Michał Sitarz
Cudownie zlokalizowany Norawank, XIII-wieczny klasztor w prowincji Wajac Dzor

Kiedy dojechaliśmy do Armenii, przestaliśmy liczyć czas i inaczej spojrzeliśmy na życie. Dlaczego? Dzięki przygodom, których tam doświadczyliśmy. W wyniku awarii koła poznaliśmy fantastycznych ludzi. Przez tamtejszy śmigus-dyngus stanęliśmy oko w oko z gangsterami. A za nocleg w przyklasztornym zagajniku monastyru Marmashen kazano nam zapłacić 1000 dramów „ochroniarzowi”. I to nie koniec….

Drugiego dnia naszego pobytu na Zakaukaziu dojeżdżamy do granicy z Armenią. Zostawiamy paszporty w okienku wizowym, gdzie można płacić tylko w armeńskich dramach (AMD), trzeba zatem je zdobyć w kantorze. Gdy wracam z gotówką, zagaduje nas para niemłodych już Niemców, mocno podekscytowanych naszymi rowerami. Jak sami przyznają, są zdani na marszrutki i nieco ograniczeni niemożnością przemierzania świata wolniej, w tempie… rowerowym. Schlebia nam to trochę, a jakże. Już nie możemy się doczekać, jak stąd odjedziemy na naszych maszynach! Ta miła rozmowa zostaje przerwana przez nieco zniecierpliwionego celnika, który podczas naszej pogawędki wraz z kompanem zdążył już wypełnić za nas wnioski wizowe.
 Po drugiej stronie granicy spore ilości śmieci i sklep lepiej zaopatrzony niż wszystkie, które dotychczas odwiedziliśmy w Gruzji. Powoli zanurzamy się w potężny kanion Debed, gdzie ruch jest minimalny. Po kilkunastu kilometrach jesteśmy w okolicy fortecy Achtala. Są przydrożne stoliki, zjemy więc kolację. W rozpadającej się budce działa bar, a przynajmniej tak informuje nabazgrany napis. Ławki, które zajęliśmy, wydają się integralną częścią jadłodajni. Babuszka prowadząca ten biznes podtrzymuje ogień pod czajnikiem i pokazuje nam, że w studzience szerokiej i głębokiej na pół metra hoduje ryby. Wkrótce znad rzeki przychodzi jej wspólnik i dorzuca kolejne dwie do klaustrofobicznego akwarium.
Noc już za pasem, szczęśliwie dostrzegamy nieczynny, zapuszczony zajazd. Nie namyślając się długo, przenosimy rowery przez płot i przy krzaku kwitnących róż rozbijamy namiot. Myślimy, że to opuszczone miejsce, lecz słyszymy kroki i czyjeś głosy. Dwóch podchmielonych mężczyzn nalega, żebyśmy noc spędzili w ich drewnianym domku kilkadziesiąt metrów dalej. To robotnicy, którzy mieszkają tu na czas pracy przy budowie drogi.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Michał Sitarz