okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 7/2012 >> 7/2012 >> Kolacja jest o dwudziestej

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


Kolacja jest o dwudziestej

Robb Maciąg
 

Gdy powiedziałem Ani, że wybieram się do Indii, i to rowerem, Ania, zamiast zapytać, kiedy wrócę i dlaczego tak długo mnie nie będzie, zapytała, czy możemy pojechać razem. Zastanawiałem się przez kilka sekund i ku swemu przerażeniu powiedziałem, że „no pewnie”. Znaliśmy się dopiero trzy miesiące, a tu już takie plany!
Po kolejnych trzech miesiącach przyszedł czas na mały test. Nie tyle nas jako „Pary W Podróży” (na to miał dopiero przyjść czas), co „Ani Na W Pełni Obładowanym Rowerze”. I pojechaliśmy na tydzień do Kornwalii. Ktokolwiek z was był kiedyś na południowo-zachodnich rubieżach Anglii, wie, że nie był to najlepszy pomysł. Klify, strome podjazdy, silne wiatry rozpędzone pustką Atlantyku i w tym wszystkim drobna Ania z czterema sakwami i niepewnością w oczach. No i ja, który jeszcze nie rozumiałem, że coś, co dla mnie było czymś zwyczajnym, dla Ani jest wyzwaniem.
Wszystko zaczęło się od momentu, gdy tylko zajechaliśmy pociągiem do Penzance. Załadowaliśmy sakwy, wyszliśmy na parking przed dworcem i ruszyliśmy prosto pod górę i prosto pod wiatr.  Wskoczyłem na rower, ostro nadepnąłem na pedały i w swej beztrosce zgubiłem Anię. Zwyczajnie stanęła na dole i trochę przestraszona zupełnie inną sterownością kierownicy nie wiedziała, co ma najpierw kontrolować: szybką zmianę przerzutek, „leniwą” kierownicę, wiatr wiejący jej prosto w twarz, czy wołać za mną, bym poczekał.
Takie to były nasze wspólne początki. Od razu pod górę. Szybki, krótki podjazd, chwila przerwy i znów w dół, aż do poziomu morza. Kilkaset metrów drogą przy samej plaży i znów wspinaczka na szczyt klifu. Na szczęście były też drogi ogrodzone kamiennymi murami, które tworzyły bezwietrzne tunele. Znów w dół i znów w górę. Znów w dół i… znów w górę. Kilometr za kilometrem. Dzień za dniem.
Nad brzegiem niewielkiej rzeczki Avon stał stary dom. Taki pocztówkowy, angielski cottage. Bez zastanawiania się zajechaliśmy pod same drzwi, by zapytać o nocleg. Po raz pierwszy nikt nie wysyłał nas na pobliskie pole namiotowe, ale pokazał nam kawałek trawnika, powiedział synowi, że „ma się nami zająć, bo on zaraz wychodzi” i na pożegnanie poinformował swoim niskim głosem, że „kolacja jest o dwudziestej”.
Po raz pierwszy nie był to elegancki mężczyzna w drogim swetrze, tylko starszy hipis z długą brodą.
Onieśmieleni tak gorącym przywitaniem weszliśmy do tego starego domu, a syn, Michael, zrobił nam herbatę i zarzucił pytaniami. Niby coś normalnego pod niemal każdą szerokością geograficzną, ale jakoś zawsze przypisywane ludziom „w dalekich i egzotycznych krajach”, a nie oficjalnie rozlazłym i trzymającym się na dystans Anglikom.
– Jesteście głodni?
– Nie – szybko zaprzeczyliśmy.
– To dobrze. Siadajcie szybko do stołu – podsumowała to gospodyni.
Ania brała prysznic, a woda lekko kapała prosto do kuchni przez szpary w drewnianej podłodze. Kolacja parowała, a ja tarmosiłem wielkiego psa, który nie chciał się ode mnie odkleić. Właściciele domu usiedli wygodnie przed kominkiem, zupełnie się nami nie przejmując. Spisałem w tajemnicy ich adres z kopert leżących na kuchennym stole i obiecałem sobie, że w ramach niespodzianki wyślemy im kiedyś pocztówkę. W korytarzu tej kamiennej chatki wisiały akwarelowe obrazki. Tadź Mahal, Swayambhunath i Boudhanath. Zabytki Indii i Nepalu. Namalował je ten sam hipis, który przygarnął nas na noc. Trzydzieści lat wcześniej, autostopem, bez pieniędzy i aparatu, ale za to z kompletem farb, pojechał lądem do Indii. Teraz my, pod jego domem szykowaliśmy się do tej samej Drogi. Przyszła kolej na nas.

Robert Robb Maciąg – z wykształcenia nauczyciel, z pasji – rowerzysta, fotograf i autor trzech książek podróżniczych. Wraz z Anią, żoną – rowerzystką, przejechał dopiero kawałek świata. Uwielbia czytać dobre książki i oglądać jeszcze lepszą fotografię. Na łamach „Rowertouru” publikuje od pierwszego numeru. Członek Kapituły Konkursu o Nagrodę „Rowertouru”.



Zdjęcie: Anna Maciąg