okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 5/2012 >> O tym nie piszą w przewodnikach

nowości

Przerzutka bez kabli

Rowerowy świat zatrząsł się w posadach. Wszyscy mówią tylko o jednym: SRAM pokazał system AXS, czyli elektroniczne i bezprzewodowe... »

Opony dla zbyt szybkich!

Schwalbe nie udaje, że rowery elektryczne rozpędzają się tylko do 25 km/godz. Dla tych, których ograniczenia i limity nie interesują i... »

Buty cywilne

Sidi zawsze było znane z produkcji butów przeznaczonych raczej do sportu, niż do rekreacji. Zaawansowane modele szosowe i MTB wciąż... »

poradniki

E-kity bez kitu

Czy się nam to podoba, czy nie, rowery elektryczne zalewają rynek i coraz częściej pojawiają się na szlakach i drogach. Taki jest trend i... »

Wygoda i moc

Buty to często bardzo niedoceniany element ubioru rowerzysty. W odróżnieniu od tych, które nosimy na co dzień, te rowerowe... »

Na szlaku >> Bieszczady – z Przemyśla do Komańczy


O tym nie piszą w przewodnikach

Michał Grzejszczak
Opuszczone i popadające w ruinę zabytkowe cerkwie, jak ta prawosławna w Hoszowie wraz z XVIII-wiecznym cmentarzem, wręcz proszą o pomoc...

Gdybym miał kiedyś opowiedzieć wnukom o Bieszczadach, które kocham, musiałbym najpierw ich o coś poprosić. Musieliby spakować sakwy, wyjechać za miasto i zatrzymać się w najgęstszej puszczy, jaką napotkają po drodze. Stanąć pod świerkiem i zaciągnąć się jego oszałamiającym zapachem. Dopiero wtedy opowiedziałbym im o tym, co mnie spotkało...

Pociąg z Warszawy z niewielkim opóźnieniem wtacza się na stację w Przemyślu. Wysiadam i od razu obieram azymut na Kalwarię Pacławską. Asfalty pną się serpentynami pośród lasów, aż oczom moim ukazują się kapliczki, drewniane domki i górujący nad okolicą franciszkański klasztor.
Wioska, znana z widowiskowych, wielkanocnych pasji, oblężenie przeżywa w Wielkim Tygodniu. Kiedy docieram na miejsce, nie spotykam nikogo prócz ekspedientki w sklepie spożywczym i starszego pana delektującego się pod tymże sklepem piwem (jednym, nie więcej). W Kalwarii Pacławskiej „po sezonie” żyje nie więcej niż 200 osób, w większości emerytów. O pracę trudno. Dzięki połączeniom lotniczym z rzeszowskiego lotniska bliżej stąd do Londynu niż do Warszawy.
Choć wyjazd z wioski w kierunku Arłamowa dziś wydaje mi się banalnie prosty, tego popołudnia staje się przyczyną spędzenia w Kalwarii nocy. Szlak prowadzący przez pola nagle znika mi z oczu. Pośpiech, najgorszy z doradców, sprawia, że gubię się w najprostszym z możliwych miejsc... Pierwszą noc postanawiam więc spędzić w miejscowym gospodarstwie agroturystycznym. Rozpakowuję sakwy i po godzinie, siedząc w fotelu ustawionym na ogromnym tarasie, staję się obserwatorem genialnego teatru przyrody. Nie można w takim miejscu tracić czasu na sen. Ruszam więc na przechadzkę. Tuż za schroniskiem dla pielgrzymów spotykam miejscowych chłopaków i po chwili gram z nimi w piłkę na polanie porośniętej trawą. Cóż, o „Orliku” w Kalwarii Pacławskiej jedynie się marzy.
Ciepła noc słusznie wróżyła pogodę, ruszam więc przed siebie. Niecałe dwa kilometry dalej zatrzymuję się przy starym cmentarzu otoczonym drewnianym płotem, by chwilę później pedałować niezwykle urokliwym leśnym duktem prowadzącym do Arłamowa.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Michał Grzejszczak