okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

twojmedyk.pl

sportportal.pl

trasymasy.pl

Reklama

pierwszy rower
pierwszy rower
strona główna >> 5/2012 >> 5/2012 >> Nie mogło mnie tam zabraknąć

nowości

Korkowe hamulce

Wiedzieliście, że do karbonowych obręczy można zastosować korkowe klocki hamulcowe? Właśnie takie okładziny proponuje Bontrager pod nazwą... »

Adapter Crosso

W korespondencji przychodzącej do redakcji często powtarza się pytanie o to, jak zamocować sakwy Crosso do bagażników o konstrukcji... »

Kask Robin Hooda

Znany i ceniony kask Roam firmy Met doczekał się nowej, limitowanej wersji kolorystycznej: Sherwood. To właśnie odcienie zieleni, występujące w... »

Kosmetyki na zakręty

Aż 36 agrafek musieli pokonać kolarze startujący w Giro d'Italia, by wspiąć się na słynne Cima Coppi. Dwóch z nich: Alberto Contador i... »

Koszulka lekko dopasowana

Kolory rzucające się w oczy, materiał najwyższej jakości, krój lekko dopasowany. Kto powiedział, że koszulki opracowane z myślą o... »

Trójkołowy składak

Osoby mające trudności z poruszaniem się na dwukołowym rowerze, które jednak nie chcą rezygnować z aktywności, mogą mieć spory... »

poradniki

Na jesienno-zimową pluchę

Pęd chłodnego powietrza dodatkowo potęguje uczucie przenikającego ciało zimna. Wie o tym każdy, kto choć raz zasmakował przejażdżki w zimne... »

Na finiszu


Nie mogło mnie tam zabraknąć

Robb Maciąg
 

Kilka lat temu wyskoczyłem do Turcji na krótki urlop. Wyruszyłem znad jeziora Wan i lekkim zygzakiem zmierzałem do Istambułu. W Hekimhan usiadłem w lokalnej czajchanie, otoczony starszymi panami w wieku już dobrze emerytalnym. Chyba wszyscy mieli godne podziwu wąsy, różnego koloru kaszkietówki i grali ostro w domino. W całej czajchanie nie było oczywiście żadnej kobiety. To nie jest miejsce dla żon, matek i córek. To miejsce na kolejne szklaneczki mocnej, aromatycznej herbaty. To miejsce snującego się powoli dymu tanich papierosów. To miejsce męskich rozmów o przeszłości i… pięknych kobietach.
Wśród tego dymu mieszającego się z aromatem herbaty usiadłem na chwilę przerwy. Po cichu wkradłem się w ten hermetyczny świat. Myślałem naiwnie, że tylko przysiądę w rogu, wypiję ten swój czaj i zniknę w sobie tylko znanym kierunku. Naiwnie. Domino i historie z młodości okazały się nie tak ciekawe i ekscytujące jak pojenie turysty herbatą i zadawanie mu pytań. Po turecku, co oczywiste, ale i po francusku, łamanym angielskim i po niemiecku. Skąd, dokąd i dlaczego nie autobusem? Wieczorem odjeżdża jeden. Prosto do Istambułu. Przecież to tak daleko, a autobus taki szybki i wygodny.
Nie wiedzieli, jak mnie przekonać do podróży autobusem. Nawet zapewnienia, że kupią mi bilet, nie pomagały, więc postanowili… zaprosić mnie na wesele. Akurat jeden z kuzynów żenił się i nie mogło mnie tam zabraknąć. Musiałem tylko obiecać, że zostanę, i jechać przed siebie jakąś boczną drogą wśród oliwkowych drzew, a gdybym się zgubił, to mam kogoś zapytać o drogę. Oczywiste. Zgubiłem się zaraz za wsią, ale uparłem się, że pojadę na to wesele. Może i byłem brudny, i akurat podarłem spodnie, ale wizja darmowego, weselnego jedzenia pchała mnie do przodu. Pokażcie mi rowerzystę, którego by nie pchała. Nagle zatrzymał się samochód i kierowca, Husein, na migi pokazał mi, że mam wrzucić rower do bagażnika i… pojechaliśmy. Posadzili mnie trochę z boku i wzięli się za karmienie. Ryż, baranina, więcej ryżu i więcej baraniny. No i rakija pita w tajemnicy, za rogiem domu. Wesele powoli się kończyło. Husein coraz gorzej chodził, coraz głośniej mówił i coraz lepiej tańczył. Brat panny młodej, która wciąż i wciąż nie odrywała ode mnie wzroku, zaczął radośnie strzelać w powietrze z kałasznikowa. Przyszedł czas na spokojną ewakuację. Na nocleg i „zniknięcie z oczu”. Do tej pory wszystko i wszyscy byli fantastyczni, ale jeszcze nikt nie bawił się bronią.
Na moje szczęście ci, którzy pomyśleli tak samo, byli po mojej stronie. Pokazali mi tylko na migi, że panna młoda jakoś za bardzo spogląda w moją stronę i że to nie do końca dobrze. Znów wrzuciliśmy rower do bagażnika i spokojnie odjechaliśmy… w ciemną noc. Gdzieś dokądś. Do miejsca, o którym nie miałem zielonego pojęcia. W noc. Sam z dwoma uśmiechniętymi Turkami.
Następnego dnia, po obfitym śniadaniu, Husein, wyjątkowo powolny i cichy, ale wprost proporcjonalnie do ilości spożytej wieczorem rakiji, tylko mnie wyściskał i życzył szczęśliwej drogi. Do lotniska w Istambule miałem jeszcze z 1000 kilometrów, a ja wciąż i wciąż wspominałem ten przypadek, który rządził moim losem. Tych wesołych ludzi, którzy obcego zaprosili na wesele. Nakarmili, obtańczyli i wysłali dalej w świat z sakwami pełnymi owoców i wspomnień.
W okolicach Nowego Roku z Turcji przyszła kartka pocztowa. Od Huseina. Z życzeniami zdrowia i samego szczęścia. Po turecku oczywiście!

Robert Robb Maciąg – z wykształcenia nauczyciel, z pasji – rowerzysta, fotograf i autor trzech książek podróżniczych. Wraz z Anią, żoną – rowerzystką, przejechał dopiero kawałek świata. Członek Kapituły Konkursu o Nagrodę „Rowertouru”.



Zdjęcie: Anna Maciąg