okładka
okładka
strona główna w numerze nagroda Rowertouru kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 5/2012 >> 5/2012 >> Nie mogło mnie tam zabraknąć

nowości

Kierownica na wypasie

Controltech to najwyższa półka wśród producentów części rowerowych, marka specjalizująca się w produkcji kierownic,... »

Spokojna głowa (rodzica)

W ofercie niemieckiej marki Uvex znajdziecie wiele ciekawych kasków, ale naszą uwagę zwrócił model Quatro Junior – kask o... »

Angi zadzwoni

Od kwietnia 2018 roku w każdym nowym samochodzie sprzedawanym w Unii Europejskiej obowiązkowo musi być zamontowany system eCall, który w... »

Koszulka z bąbelkami?

Uniwersalny podkoszulek średniej grubości, który zapewnia ciepło i doskonale odprowadza wilgoć, zapewne nie znalazłby miejsca na łamach... »

Licznik inaczej

Cat-eye zaprezentował zwykły, bezprzewodowy licznik, za to w niezwykłej formie. Licznik jest zintegrowany z uchwytem, zajmuje mało miejsca,... »

Pompka nożna

Stalowe konstrukcje do pompowania opon, które królowały na bazarach w latach 90., widuje się coraz rzadziej, ale SKS uważa, że... »

poradniki

Jak je wyprostować

Z pewnością nieraz zastanawialiście się, dlaczego koła w Waszych jednośladach się krzywią i czy da się je wyprostować w warunkach... »

Po zmroku

Choć używamy ich przez cały rok, to właśnie w okresie jesienno-zimowym mają do wykonania największą robotę. Lampki rowerowe prowadzą nas... »

Na finiszu


Nie mogło mnie tam zabraknąć

Robb Maciąg
 

Kilka lat temu wyskoczyłem do Turcji na krótki urlop. Wyruszyłem znad jeziora Wan i lekkim zygzakiem zmierzałem do Istambułu. W Hekimhan usiadłem w lokalnej czajchanie, otoczony starszymi panami w wieku już dobrze emerytalnym. Chyba wszyscy mieli godne podziwu wąsy, różnego koloru kaszkietówki i grali ostro w domino. W całej czajchanie nie było oczywiście żadnej kobiety. To nie jest miejsce dla żon, matek i córek. To miejsce na kolejne szklaneczki mocnej, aromatycznej herbaty. To miejsce snującego się powoli dymu tanich papierosów. To miejsce męskich rozmów o przeszłości i… pięknych kobietach.
Wśród tego dymu mieszającego się z aromatem herbaty usiadłem na chwilę przerwy. Po cichu wkradłem się w ten hermetyczny świat. Myślałem naiwnie, że tylko przysiądę w rogu, wypiję ten swój czaj i zniknę w sobie tylko znanym kierunku. Naiwnie. Domino i historie z młodości okazały się nie tak ciekawe i ekscytujące jak pojenie turysty herbatą i zadawanie mu pytań. Po turecku, co oczywiste, ale i po francusku, łamanym angielskim i po niemiecku. Skąd, dokąd i dlaczego nie autobusem? Wieczorem odjeżdża jeden. Prosto do Istambułu. Przecież to tak daleko, a autobus taki szybki i wygodny.
Nie wiedzieli, jak mnie przekonać do podróży autobusem. Nawet zapewnienia, że kupią mi bilet, nie pomagały, więc postanowili… zaprosić mnie na wesele. Akurat jeden z kuzynów żenił się i nie mogło mnie tam zabraknąć. Musiałem tylko obiecać, że zostanę, i jechać przed siebie jakąś boczną drogą wśród oliwkowych drzew, a gdybym się zgubił, to mam kogoś zapytać o drogę. Oczywiste. Zgubiłem się zaraz za wsią, ale uparłem się, że pojadę na to wesele. Może i byłem brudny, i akurat podarłem spodnie, ale wizja darmowego, weselnego jedzenia pchała mnie do przodu. Pokażcie mi rowerzystę, którego by nie pchała. Nagle zatrzymał się samochód i kierowca, Husein, na migi pokazał mi, że mam wrzucić rower do bagażnika i… pojechaliśmy. Posadzili mnie trochę z boku i wzięli się za karmienie. Ryż, baranina, więcej ryżu i więcej baraniny. No i rakija pita w tajemnicy, za rogiem domu. Wesele powoli się kończyło. Husein coraz gorzej chodził, coraz głośniej mówił i coraz lepiej tańczył. Brat panny młodej, która wciąż i wciąż nie odrywała ode mnie wzroku, zaczął radośnie strzelać w powietrze z kałasznikowa. Przyszedł czas na spokojną ewakuację. Na nocleg i „zniknięcie z oczu”. Do tej pory wszystko i wszyscy byli fantastyczni, ale jeszcze nikt nie bawił się bronią.
Na moje szczęście ci, którzy pomyśleli tak samo, byli po mojej stronie. Pokazali mi tylko na migi, że panna młoda jakoś za bardzo spogląda w moją stronę i że to nie do końca dobrze. Znów wrzuciliśmy rower do bagażnika i spokojnie odjechaliśmy… w ciemną noc. Gdzieś dokądś. Do miejsca, o którym nie miałem zielonego pojęcia. W noc. Sam z dwoma uśmiechniętymi Turkami.
Następnego dnia, po obfitym śniadaniu, Husein, wyjątkowo powolny i cichy, ale wprost proporcjonalnie do ilości spożytej wieczorem rakiji, tylko mnie wyściskał i życzył szczęśliwej drogi. Do lotniska w Istambule miałem jeszcze z 1000 kilometrów, a ja wciąż i wciąż wspominałem ten przypadek, który rządził moim losem. Tych wesołych ludzi, którzy obcego zaprosili na wesele. Nakarmili, obtańczyli i wysłali dalej w świat z sakwami pełnymi owoców i wspomnień.
W okolicach Nowego Roku z Turcji przyszła kartka pocztowa. Od Huseina. Z życzeniami zdrowia i samego szczęścia. Po turecku oczywiście!

Robert Robb Maciąg – z wykształcenia nauczyciel, z pasji – rowerzysta, fotograf i autor trzech książek podróżniczych. Wraz z Anią, żoną – rowerzystką, przejechał dopiero kawałek świata. Członek Kapituły Konkursu o Nagrodę „Rowertouru”.



Zdjęcie: Anna Maciąg