okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 4/2012 >> Lawrence z Arabii to nie ja

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> Jordania


Lawrence z Arabii to nie ja

Michał Sałaban
Poranek w Wadi Hasa, jednym z największych wąwozów Jordanii

Wyjeżdżając z ogarniętej wewnętrznym konfliktem Syrii, o której pisałem w lutowym numerze „Rowertouru”, w Jordanii oczekiwałem przede wszystkim spokoju. Spodziewałem się jedynie, że będzie bardziej europejsko: czyściej, bogaciej, ale też drożej i mniej gościnnie. Poza tym piach, kamienie i kilka turystycznych pułapek. Rzeczywistość miała wkrótce zweryfikować moje naiwne poglądy.

Zaraz po dopełnieniu granicznych formalności, na pierwszym rozjeździe skręcam w prawo, umyślnie omijając wielki Amman. Żaden spotkany podróżnik ani żaden drukowany przewodnik nie wskazał mi choćby jednej rzeczy wartej odwiedzenia w tym mieście, za to wszyscy podkreślali, że stolica Jordanii leży na wielu pokaźnych pagórkach. Wizja stromych podjazdów pokonywanych w gęstym ruchu ulicznym popycha mnie na zachód, w stronę Jerash.
Jako że opuszczenie Syrii wiązało się z komplikacjami i do Jordanii wjechałem późnym wieczorem, miejsca na nocleg szukam już po omacku. Przez pierwszych kilkanaście kilometrów po obu stronach drogi ciągną się gaje oliwne. W Syrii były moim ulubionym miejscem dzikiego biwakowania. Tutaj zaś... otoczone są płotem. W końcu jednak docieram do jakiejś otwartej przestrzeni, którą udaje się dostrzec w świetle rzucanym przez reflektory przejeżdżających samochodów. Rozbijając się obok drogi, nie mając do dyspozycji lasu czy innej naturalnej osłony, staram się nie używać zanadto latarki, by nie kusić ciekawskich. Tym bardziej, że granica ciągle jest w zasięgu wzroku. Na jakimś niedużym wzniesieniu odnajduję w końcu kawałek ziemi, względnie równej, wolnej od kamieni, i rozbijam tam namiot.
Rano długo zwlekam z wyruszeniem. Przyczyna jest prozaiczna: deszcz. Nie pierwszy to już mokry dzień w ostatnim czasie, przez co rower ma na sobie pokaźną pokrywę błota. A tu znowu trzeba załatać dętkę, którą wczoraj wieczorem przebił kolejny drucik z jakiejś rozwalonej opony samochodowej, jednej z wielu walających się na syryjskich poboczach. Gdy wreszcie brudna robota jest już skończona, a namiot – dzięki przerwie w deszczu – zwinięty, pora jest taka, że najsensowniej byłoby rozbić go na nowo.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Michał Sałaban
 

Parse error: syntax error, unexpected end of file, expecting variable (T_VARIABLE) or ${ (T_DOLLAR_OPEN_CURLY_BRACES) or {$ (T_CURLY_OPEN) in /home/kruszonaol/ftp/rowertour/panel/bbclone/var/access.php on line 164