okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 2/2012 >> Herbatka pod lufą karabinu

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Syria


Herbatka pod lufą karabinu

Michał Sałaban
Akt „terroryzmu” – portret seniora prezydenckiego rodu Assadów

„Obyś żył w ciekawych czasach”, mówi stare chińskie przekleństwo. Mieszkańcy Bliskiego Wschodu od kilku już pokoleń są nim dotknięci. Nie mogą narzekać na nudę. Ktokolwiek wybiera się w te okolice, musi się liczyć z nagłą zmianą planu, kierunku podróży, a także jej prędkości – na przykład ze spokojnego zwiedzania na wyścig o własną skórę.

Arabska Wiosna zastała mnie jeszcze w domu, ale już z gotowym planem niemal dwuletniej wyprawy, życiem zorganizowanym na potrzeby długiej nieobecności, z gotowym sprzętem i zakupionymi biletami. Z niepokojem śledziłem doniesienia z północnej Afryki, a potem i z Bliskiego Wschodu. Egipt ucichł, Libii na szczęście odwiedzać nie zamierzałem, ale ciągle źle działo się w Syrii.
Przejechawszy całą Europę i kawał Turcji (o czym pisałem w styczniowym numerze „Rowertouru”), trafiam do Şanlıurfy – ostatniego miasta przed syryjską granicą. W kieszeni paszport z wklejoną wizą, a w głowie kłębią się obawy. Media, o ile cokolwiek donoszą, to o zamieszkach i rosnącej liczbie ofiar reżimu. Żaden obcokrajowiec nie ucierpiał, ale to nie znaczy, że nie mogę być pierwszy. Nie uspokoili mnie też spotykani codziennie Turcy. Gdy spytany o kolejny etap podróży, mówiłem „Syria”, straszyli wojną lub krzyczeli wprost: „Zastrzelą cię!”. Pocieszam się, że skoro tydzień temu w porę zawróciłem na zachód i nie trafiłem do Wan, prosto na trzęsienie ziemi, to opatrzność nade mną czuwa. Wiara wiarą, a rozsądek mówi, że gdybym miał do wyboru jakąkolwiek inną drogę lądową do Afryki, już bym nią jechał.
Ostatni biwak gdzieś w szczerym polu i na granicę trafiam rano, jeszcze przed otwarciem. Tureccy celnicy wbijają stempel i pozdrawiają. Przekraczam pas ziemi niczyjej i staję przed syryjską bramą. Podany paszport zaraz gdzieś znika, by pojawić się za kilka minut z uprzejmym komunikatem „Welcome in Syria”. To jednak początek formalności. Zaraz staję na posterunku celników. – Proszę postawić rower tutaj i otworzyć torby. Życzy pan sobie kawę z cukrem czy bez?
Stawiam więc i zamawiam z cukrem, nie wiedząc jeszcze, że taka sytuacja niedługo stanie się normą. Tak skrupulatnie już dawno mnie nie sprawdzano. Największym ich zainteresowaniem cieszy się komputer i aparat fotograficzny.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Michał Sałaban