okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 1/2012 >> Bicykl to nie rower, lecz piekielna machina

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

W cztery oczy >> Mirosław Sobek


Bicykl to nie rower, lecz piekielna machina

Z Mirosławem Sobkiem, byłym prezesem Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów, rozmawia Jakub Terakowski
Mirosław Sobek podczas happeningu historycznego „Szlakiem Lalki, czyli śladami Wokulskiego” po Warszawie

Czy ktoś jeszcze używa dzisiaj archaicznego słowa cyklista?
– To słowo jest źródłem wszystkiego, co związane z kolarstwem, więc nie zestarzeje się tak długo, jak długo będziemy jeździć na rowerach. Warszawskie Towarzystwo Cyklistów powstało 125 lat temu i nadal funkcjonuje pod tą nazwą.

Kto zainicjował utworzenie WTC?

– Grupa ówczesnych pozytywnie zakręconych 28 osób, w tym jeden książę, jeden baron, ośmiu hrabiów, kilku przemysłowców i lekarzy.

Śmietanka towarzyska...

– Bo w tamtych czasach stowarzyszenia nie mógł założyć ktokolwiek – potrzebne były duże pieniądze i odpowiednie układy, a kolarstwo było sportem elitarnym. Nie każdy mógł pozwolić sobie na rower, w przeliczeniu na dzisiejsze dochody bicykl kosztował tyle, ile obecnie wart jest dobrej klasy samochód.

Zapewne więc trudno też było wstąpić do WTC.

– Trudno. Warunkiem sine qua non była rekomendacja przynajmniej dwóch członków, którzy musieli ręczyć słowem honoru za kandydata.

Po co tworzono takie bariery?

– Nie wolno zapominać o tym, że obok wymiaru sportowego, WTC miało też charakter narodowo-wyzwoleńczy. Walczyliśmy o niepodległość Polski, więc próg rekomendacji miał być gwarancją niezłomności naszych członków. Dbałość o kondycję była wówczas przejawem patriotyzmu, gdyż hart ducha i ciała uważano za niezbędny w przyszłym boju o wolność. Przynależność do WTC była więc znakiem troski o ojczyznę, a na rowerach jeżdżono nie tylko dla własnej przyjemności, lecz także zaborcom na pohybel.

Czy zatem WTC udało się zarejestrować bez problemów?

– Mistrzowskim fortelem było zalegalizowanie naszego sztandaru. Wydarzyło się to podczas przejazdu cara Mikołaja przez Nowy Świat. Cykliści utworzyli tam szpaler i w momencie, gdy orszak ich mijał, jeden z nich – Jan Wacław Gąsiorowski – znienacka rozwinął sztandar. Zaskoczony car zasalutował, a w owych czasach wszystko, na co car spojrzał przychylnie, musiało być zaakceptowane przez urzędników.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Archiwum Mirosława Sobka