okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 12/2011 >> Przystanek Alaska

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Styl życia >> rowerem przez Kordyliery


Przystanek Alaska

Piotr Strzeżysz
Alaska pod koniec września w jesienn-zimowych barwach

W puchowej kurtce, grubych spodniach i wełnianej czapce siedzę na werandzie dużego domu w Prince George w Kanadzie, do którego zaprosił mnie poznany poprzedniego dnia mężczyzna. Miałem szczęście. Już od kilku dni marzyłem o odpoczynku.

Przez sześć tygodni jazdy rowerem w jesienno-zimowej aurze, odkąd wyruszyłem z Anchorage na Alasce, leżącego ponad trzy tysiące kilometrów od Prince George, właściwie niewiele odpoczywałem. Noclegi spędzałem bowiem prawie wyłącznie w namiocie, nierzadko w temperaturze minus kilkunastu stopni.
Oczywiście domyślałem się, co mnie czeka, zamierzając w październiku przejechać drogę, zwaną Alaska Highway. Od ponad miesiąca, odkąd góry pokrył pierwszy śnieg, nie ma już na niej żadnych turystów, nie mówiąc o rowerzystach. Przez pierwsze sześć tygodni podróży spotkałem tylko jednego, zaraz po wyjeździe z Anchorage. Japończyk Joshi przez dziewięć miesięcy przebył dystans 27 tysięcy kilometrów, jadąc z Ushuaia na Ziemi Ognistej na Alaskę. Miałby ochotę popedałować jeszcze dalej na północ, ale jego wiza ważna była tylko trzy miesiące, z których zostały mu dwa tygodnie. Życzył mi szczęścia i jak najrzadszych spotkań z niedźwiedziami.
Patrzę na stojący nieopodal rower i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że i on odpoczywa. Od śniegu, błota, wiatru, podjazdów i zimna. W rękach trzymam gorący kubek z herbatą, posłodzoną syropem klonowym. Za mną, w małym pokoju, w czterech sakwach mieści się cały mój przenośny dom. Rzeczy potrzebne mam przy sobie, wszystkie inne, na dobrą sprawę zupełnie zbędne do życia, jak firanki, tapczan, fotele, pralka, lodówka, stół – by wymienić choć kilka – zostały w czterech ścianach, tysiące kilometrów stąd. Za każdym razem, kiedy wyjeżdżam gdzieś na trochę dłużej, nie mogę się oprzeć myśli, że to, co zostawiłem, nigdy nie było moje. I za każdym razem upaja mnie świadomość, jak łatwo można to wszystko zostawić, jak szybko inne rzeczy, a nawet myśli, nabierają nowych wartości, jak stają się bliższe, pożyteczniejsze. Ot, choćby taki kubek. Albo termos, palnik do kuchenki, nóż, menażka, latarka, nie mówiąc już o śpiworze i namiocie – stają się z dnia na dzień prawie przyjaciółmi.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Piotr Strzeżysz