okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 12/2011 >> Wolni koczownicy Sahary

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Styl życia >> Afryka Nowaka – etap XXII Niger


Wolni koczownicy Sahary

Jakub Wolski
Mototaxi w Diffie

Kiedy rozpoczynaliśmy ten etap, wydawało nam się, że jedziemy się zmierzyć z pustynią, szukać śladów Kazika w najbardziej surowych ostępach Czarnego Lądu, że przez trzy tygodnie będziemy się smażyć na saharyjskich piaskach, modlić o kolejną studnię, narzekać na bolące tyłki i kołysanie wielbłąda, a ponadto cieszyć oczy pięknymi wschodami i zachodami słońca.

Zdawaliśmy sobie sprawę z sytuacji panującej w Nigrze, z niebezpieczeństwa samego przebywania w tym kraju, z problemów wynikających z zamieszek w Libii, ale nikt z nas chyba nie przypuszczał, że pustyni nie będzie nam dane nawet zobaczyć, a co dopiero przeżyć.
– Proszę Państwa, za chwilę lądujemy w stolicy Nigru – Niamey. Jest godzina 2.50, a temperatura na zewnątrz wynosi 30 stopni Celsjusza.
Wychodzimy z dusznego samolotu i od razu uderza nas podmuch gorącego powietrza, a to przecież środek nocy! Szybka odprawa, kilka kontroli i już stajemy się celem wszystkich cinkciarzy z okolicy. Nie chcemy dać się orżnąć na samym początku, ale – mimo wielu targów – chyba nie do końca nam to wychodzi. Zaliczamy drzemkę na lotnisku, a potem czymś, co kiedyś było samochodem, jedziemy do centrum. Zostawiamy bagaże w hotelu, w którym z oszczędności rozbiliśmy namiot, i ruszamy na podbój miasta. Mówi się, że Ułan Bator to najbrzydsza stolica świata, ale ktoś, kto tak twierdzi, chyba nigdy nie był w Niamey.
Jest ósma rano i już robi się gorąco. Na targu tętni życie. Klaksony ryczą, jeden pan przed bankiem podpiera się na kałachu, inny czyści zęby drewienkiem, a kolejny maczetą tnie mięso na szaszłyki. Mija pół godziny i zaczynamy się czuć w tym rozgardiaszu jak w domu.
Spotykamy się z Adoumą – znajomym koleżanki Michała. Bardzo nam on pomaga w kontaktach i wyręcza w rozmowach po francusku. Zbyszek znajduje sobie stragan, którym zaczyna zarządzać, i smaży nam na patelni omlety, a w tym samym czasie słonko coraz dotkliwiej przysmaża. Termometr w cieniu pokazuje 40 stopni. Szkoda, że na pustyni cienia się nie uświadczy. Po orzeźwiającej kawie schodzimy nad Niger – trzecią największą rzekę Afryki – obserwujemy, jak panie robią pranie, chłopaki się kąpią, choć przejrzystość wody w żadnym stopniu do tego nie zachęca.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Jakub Wolski