okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 11/2011 >> Dzikie góry do zdobycia

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Podkarpacie


Dzikie góry do zdobycia

Damian Radomski, Tomasz Matuszczak
Wschód słońca widziany z Dużej Wyspy na Jeziorze Solińskim

Polska jest pełna pięknych, tajemniczych terenów o bogatej historii, które z perspektywy rowerowego siodełka ukazują znane miejsca w zupełnie innym świetle. Nasz nowy projekt zakłada objechanie rowerami naszego pięknego kraju wzdłuż jego granic. Na pierwszy ogień wzięliśmy Podkarpacie – region, którego żaden z nas do tej pory nie odwiedził.

Godzina 14 – stacja kolejowa Przemyśl Główny. Po 12 godzinach męki jesteśmy na miejscu. Miasto nas zaskakuje. Położone na niemałych wzgórzach przedstawia się bardzo malowniczo. Pierwsze, co trzeba zrobić, to kupić wodę i jedzenie, a to w niedzielne popołudnie nie jest takie proste. Wodę dostajemy w kiosku, ale jedzenie dopiero kilka kilometrów za centrum. Mimo że nie zostało wiele czasu na pedałowanie, postanawiamy dojechać do Krasiczyna, aby zwiedzić tamtejszy zamek. Jednak przed wyjazdem z miasta zatrzymujemy się przy przemyskich zabytkach: kościele Franciszkanów, bazylice archikatedralnej i Zamku Kazimierzowskim. Do Krasiczyna docieramy około 16, po pokonaniu dość długiego podjazdu. Miejscowy zamek to jedna z piękniejszych budowli renesansowych w Polsce. Jego ozdobą są ogromne dekoracje na ścianach z portretami cesarzy i polskich królów, scenami biblijnymi i myśliwskimi. Szczególnie warto zobaczyć imponujący dziedziniec i cztery okrągłe baszty: Boską, Papieską, Królewską i Szlachecką. Spacer po rozległym parku umożliwia podziwianie przepięknego gmachu w całej jego okazałości. W pobliskim lesie znajdujemy ustronne, jak się nam wydaje, miejsce na rozbicie namiotu. Mamy nadzieję na odespanie nocy spędzonej w pociągu.
Niestety po zachodzie słońca nie do końca jest spokojnie. Budzi nas w nocy jakiś potężny wystrzał, który do samego rana uniemożliwia nam twardy sen. Budzimy się już o szóstej i od razu zabieramy za zwijanie obozowiska. Wyjeżdżamy na główną drogę, zastanawiając się, co zakłóciło sen. Na to pytanie nie znajdujemy odpowiedzi. Kierujemy się do Gruszowej drogą prowadzącą środkiem lasu. Promienie słońca przeciskają się przez korony drzew. Jazda upływa bardzo przyjemnie, a poranna temperatura jest idealna do pokonywania kolejnych kilometrów.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Damian Radomski, Tomasz Matuszczak