okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 9/2011 >> 9/2011 >> W stronę Himalajów

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Wyprawa numeru >> Indie i Nepal


W stronę Himalajów

Marcin Grabia
Trekking wokół Annapurny był niesamowitą przygodą. Jednak górskie drogi i olbrzymie przewyższenia w znacznym stopniu skróciły moją jazdę rowerem

 „Tawarisze pasażery, Moskwa”. Dopiero te słowa uświadomiły mi, że jestem już w podróży. Do tego czasu nie docierało do mnie, że jadę gdzieś dalej… Dopiero kontrola bezpieczeństwa i śnieg za oknem wyrwały mnie z beztroski i uświadomiły, że to już, że już jadę do Indii!

Na lotnisku niewielki ruch, za oknem hałdy śniegu, znajomi z samolotu, lecący tak jak ja do Indii, doskonale mnie już rozpoznają. Na Okęciu wbiegłem do samolotu w ostatniej chwili. „Passenger Marcin Grabia, please proceed to gate number 18” – usłyszałem z głośników, kiedy znajdowałem się jeszcze przy bramce numer 8 w drugiej części lotniska. Zdyszany, zziajany wpadłem jak burza do samolotu, wywołując uśmiech i żywe dyskusje wśród towarzyszy podróży. Niewiele brakowało, bym przez okno pomachał oddalającemu się boeingowi. Całą winę za to mógłbym zwalić na warszawskie korki w poniedziałek o siódmej rano albo na siebie, że ich nie uwzględniłem, wyliczając czas potrzebny na dojazd na lotnisko. W każdym razie zapomniałem, że rozłożenie roweru i spakowanie go w paczkę nadającą się do załadowania do samolotu też zajmuje trochę czasu, którego właściwie już nie miałem. Cóż, człowiek uczy się na błędach…
W samym Delhi problemów już nie było. Wyciągnięty w nieładzie wrak roweru przyciągnął od razu rzeszę Hindusów. Już po chwili jeden z nich okazał się mechanikiem rowerowym, który ochoczo zabrał się za zrywanie zabezpieczającej folii. Niestety, jego zaskoczenie na widok przerzutek oraz podziw tłumu i okrzyki „gears, how many?” zablokowały mojego specjalistę i do dalszego przywracania rowerowi właściwego wyglądu przystąpiłem już sam. Sam nie znaczy w samotności. Kilkunastu Hindusów przypatrywało się każdemu mojemu ruchowi. Bez problemu złożyłem wszystko w całość, po części dzięki doświadczeniu z klockami lego, po części dzięki wcześniejszemu dobremu przygotowaniu bicykla. Pozostało mi jeszcze zainstalowanie sakw na rower i w drogę. Mimo że zakładałem je pierwszy raz, bez problemu poradziłem sobie z właściwym umocowaniem ich na bagażniku.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Andrzej Kaleniewicz