okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 8/2011 >> Symfoniczna orkiestra rowerów

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Styl życia >> Amsterdam


Symfoniczna orkiestra rowerów

Paweł Kosicki
Okolice Centraal Station, równie trudno tam zaparkować rower, jak i go potem odnaleźć

Amsterdam kojarzy nam się z Vincentem van Goghiem, Rembrandtem i tulipanami. Jednak to nie wielcy malarze czy znany holenderski kwiat symbolizują dziś to niezwykłe miasto. Nie ulega wątpliwości, że królem współczesnego Amsterdamu jest rower. Statystyki mówią, że około 750 tysięcy mieszkańców posiada 600 tysięcy rowerów.

Chcąc połączyć moje dwie wielkie pasje: fotografowanie miejskich przestrzeni oraz miłość do rowerów, postanowiłem odwiedzić tę rowerową mekkę. Tym razem w swoich fotograficznych poszukiwaniach zamierzałem skupić się wyłącznie na tym, co nazywam rowerowym stylem życia.
Już w pierwszych chwilach pobytu w Amsterdamie, kiedy wychodziłem z Centraal Station, uderzył mnie widok ogromnego, wielopoziomowego parkingu po brzegi wypełnionego rowerami. Wielu Holendrów mieszkających poza miastem, a pracujących w jego centrum, każdego ranka dociera do niego kolejką i zaraz po wyjściu z dworca kieruje się tam w poszukiwaniu swojego dwukołowego pojazdu.
Te tysiące rowerów stojących koło przy kole wydają się niemal nie do rozpoznania, ale nie dla Holendrów. Jakimś niezwykłym zmysłem, bezbłędnie odnajdują ten, który należy do nich. Błyskawicznie odpinają gruby łańcuch, zazwyczaj ważący tyle, co rower, i znikają w miejskiej dżungli.
Drugiego dnia zerwałem się o poranku. Skromny Bicycle Hotel, w którym się zatrzymałem, serwował niezłe śniadanie oraz żółte, hotelowe rowery. Ruszyłem przed siebie. Już po kilku minutach wciągnęła mnie szeroka rzeka płynących rowerów. I co gorsza, wchłonęła mnie nie tylko fizycznie, ale i mentalnie… Tego dnia spróbowałem wszystkiego: jazdy na czerwonym świetle, pod prąd, używałem dzwonka przy każdej nadarzającej się okazji, a przede wszystkim zrobiłem to, co prawdziwy amsterdamczyk ma we krwi od urodzenia... śmignąłem tuż przed pędzącym tramwajem, tylko cudem uchodząc z życiem. Nikt nawet tego nie zauważył, ta szalona zabawa na nikim nie zrobiła wrażenia, i może dobrze.
W Amsterdamie większość rowerzystów dystansuje się od przepisów drogowych. Podobnie jak w sferze obyczajowej, tak i w życiu rowerowym, panuje tu nieskrępowana wolność, ale myliłby się ten, kto widziałby w tym jakiś chaos.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Paweł Kosicki