okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 8/2011 >> 8/2011 >> Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy!

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Przed startem


Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy!


Mam pod łóżkiem pokaźnych rozmiarów walizkę z mapami. Wśród nich, jedno obok drugiego, leży 16 dzieł Państwowego Przedsiębiorstwa Wydawnictw Kartograficznych im. Eugeniusza Romera w skali 1:500000. W latach 70. i 80. nic lepszego dla pokonujących dłuższe odcinki nie było.
Dla krótszych wycieczek alternatywą były mapy mikroregionów, na których szerokie drogi asfaltowe zaznaczano w taki sam sposób, jak nieutwardzone trakty.
Gdy niedawno przeglądałem zawartość walizki, nie mogłem wyjść ze zdziwienia, że na takiej podstawie można było zaplanować jakąkolwiek trasę wycieczki. Na drogach zwanych czerwonymi (krajowych) i żółtymi (wojewódzkich) była jeszcze jako taka pewność właściwej nawigacji, ale gdy zjeżdżało się na drogi oznaczone cienką brązową linią, można było stracić wszelką nadzieję. Wydawca map chyba celowo je fałszował, zaznaczając drogi, których nie było, jednocześnie pomijając te, które istniały w rzeczywistości. Dlatego jeździłem przede wszystkim po drogach głównych i drugorzędnych, a z bocznych korzystałem tylko w dobrze znanym mi terenie. Dzisiejsze mapy – zarówno te papierowe, jak elektroniczne – mimo że niepozbawione błędów, pozwalają na znacznie większą swobodę w nieznanym terenie. Z drugiej strony na swój sposób zniewalają. Jednak każdy ma wybór – błądzić, czy podążać za śladem pozostawionym przez innych. Z mapą, GPS-em lub z końcem języka za przewodnika można wybrać się na drogi krajowe lub leśne ścieżki.
Widocznie się starzeję, bo z coraz większym sentymentem wspominam to, co kiedyś budziło tylko moją irytację. I dlatego dziś lubię, dla odmiany, wyjechać z domu bez planu, mapy, o GPS-ie nie wspominając. Zgubić się, a potem odnaleźć, przeszukiwać w pamięci nazwy miejscowości odczytywane na drogowskazach i odczuwać tę niezwykłą ulgę, gdy koła mojego roweru już zetkną się ze znajomym kawałkiem asfaltu. Potem, już na kanapie, przeglądam mapy i umiejscawiam w przestrzeni geograficznej wspomnienia z tego, co jeszcze świeżo w pamięci. Może jest to sposób na rutynę i przewidywalność? Ale z drugiej strony, czy to,
co regularnie się powtarza, musi prowadzić do rutyny?
Jazda rowerem w jakimś momencie życia i rozwoju społeczeństwa staje się nieodłącznym elementem rzeczywistości, wręcz banalnym, ale niekoniecznie zrutynizowanym. Oglądając zdjęcia z Amsterdamu, można odnieść wrażenie, że rower pasuje do każdego kontekstu, że jeżdżą nim wszyscy i jeżdżą po prostu. Na kierownicy mają tylko dzwonki, nie ubierają się „w obcisłe”, nie zakładają nawet kasku. Jeżdżą do pracy, na zakupy, randkę, odwożą dzieci do przedszkola… Ale oprócz jazd banalnych mamy też jazdy wyjątkowe, a nawet wyprawy z misją.
Kapucyni z Republiki Środkowoafrykańskiej heroicznie ratują ideę Afryki Nowaka, a trzech młodych ludzi przemierza Syberię, pustynię Gobi i Tybet, by uczcić osobę Witolda Glińskiego, który zbiegł z sowieckiego łagru. Większość z nas jeździ rowerem tylko po to, żeby się przejechać, zwiedzić coś, dla zdrowia albo kondycji. I nie ma w tym nic złego. Przeciwnie, każdy powód jest dobry, każdy pretekst doskonały, bo nawet najzwyklejsza przejażdżka rowerem może być
we współczesnym świecie szansą na wyrwanie się z szarej rzeczywistości. Zwłaszcza w Polsce, gdzie rower nadal nie jest czymś tak codziennym i banalny jak na przykład w Holandii. Kilka dni temu na ulicy w Legnicy usłyszałem przypadkiem rozmowę dwóch panów w sile wieku: – Wiesz – mówi jeden –zdjąłem ze ściany rower, który wisiał tam kilka lat i pojechałem. Wyjechałem o 10, wróciłem o 22. Teraz jeżdżę codziennie. Nie wyobrażam sobie inaczej. Nie słyszałem całej rozmowy, nie wiem, co skłoniło tego człowieka do zdjęcia roweru z haka na ścianie. Ale czy to ma jakieś znaczenie? Żadnego.

Marek Rokita
p.o. redaktor naczelny